Mateusz Pietryka: O ludzkich odrzutach i przyszłości Zachodu

[2026-01-04 15:57:18]

W rzeczywistości mamy do czynienia z Agambenowskim paradoksem „włączającego wykluczenia” – od wielu lat migranci są jednocześnie chronieni prawem, jak i skazani na znalezienie się poza jego ramami.

To, co jeszcze do niedawna wydawało się oczywiste i miało stanowić fundament zachodniej kultury, stanęło pod znakiem zapytania. Wezwanie do karmienia głodnych i przyodziania nagich powinno być dzisiaj takim samym banałem, jak powoływanie się na zasady humanitaryzmu. Zawieszenia tych pozornie oczywistych postaw doświadczyło jednak na własnej skórze dwóch nagich Etiopczyków w Lublinie, którzy w czerwcu zdezorientowani przemieszczali się po mieście, wstydliwie próbując zakrywać nagie ciało przed komórkami zaciekawionych przechodniów. Jak w wielu podobnych przypadkach, mężczyźni okazali się ofiarami handlu ludźmi, tym razem prowadzonego przez ukraiński gang. Bici i torturowani, zdołali uciec i prawdopodobnie w ten sposób ocalili życie. Ich zdjęcia w kolejnych dniach przewijały się przez populistyczne kanały (gdzie sugerowano, że miasto jest terroryzowane przez zdemoralizowanych imigrantów), przyczyniając się do pospolitego ruszenia pod szyldem Ruchu Obrony Granic. Miesiąc później na sparaliżowanych polsko-niemieckich przejściach granicznych ochotnicy w pełnym spektrum wiekowym zatrzymywali auta i przechodniów, wypatrując osób o ciemniejszym kolorze skóry.

Choć łatwo oburzać się na te działania, są tylko symptomem o wiele szerszego problemu, który dławi współczesne demokracje. Ustrój okrzyknięty przez Fukuyamę „końcem historii” od dawna nosił na sobie rysy i pęknięcia. Jednak dopiero wydarzenia takie jak kryzys migracyjny, zwycięstwo Donalda Trumpa czy Brexit, sprawiły, że impas demokratycznego projektu zagościł na dobre w debacie publicznej. Zwrot kulturowy znacznej części zachodniego świata w kierunku afirmacji tożsamości narodowych, niespotykane od dziesięcioleci sukcesy partii skrajnie prawicowych, militaryzacja granic, a także geopolityczna niemoc, jak w przypadku rosyjskiej inwazji na Ukrainę lub konfliktu izraelsko-palestyńskiego, jasno wskazują, że pewien etap dobiega końca.

Przez ostatnie dekady zachodnia wizja świata stała na fundamencie praw człowieka, wolności osobistych i międzynarodowego pokoju, w dużym stopniu stanowiących świecką wersję nowotestamentowego przykazania pomocy bliźniemu. Dziś zamiast uniwersalizmu doświadczamy uniwersalizacji podziału – Ziemia staje się planetą murów i zasieków. Mur berliński, przez dekady symbol cywilizacyjnego rozłamu, wygląda na igraszkę, gdy skonfrontujemy go z niekończącymi się murami i zasiekami, jakie dziś oplatają wszystkie kontynenty. Od upadku Żelaznej Kurtyny liczba murów granicznych wzrosła czterokrotnie.

Sześć z dziesięciu osób na planecie żyje w krajach, które zbudowały bariery graniczne. Tylko na granicach Unii Europejskiej długość murów zwiększyła się z 315 kilometrów w 2014 roku do 2163 kilometrów w 2023 – i rośnie w tempie kilkuset kilometrów rocznie. Na unijnych i amerykańskich granicach zginęły w ostatnich latach dziesiątki tysięcy osób. Dla porównania, liczba ofiar dwudziestu ośmiu lat istnienia Muru Berlińskiego wyniosła około 200. Problem świata oplecionego zaporami dotyka nie tylko gatunku ludzkiego, ale także fauny, uniemożliwiając migracje zwierząt, często niezbędne by przetrwać zmiany klimatyczne.

Kryzys nie zaczął się dziś ani wraz z syryjską migracją 2015 roku. Są bowiem intelektualiści głoszący, że problem sięga samych korzeni demokratycznego projektu, szczególnie w jego liberalnym wydaniu. Zastanówmy się więc, jak fundamenty, na których miała być oparta tak zwana zachodnia cywilizacja, okazały się zaskakująco nietrwałe.


Święty człowiek

Gdy na początku lat 90. świat Zachodu świętował ostateczny triumf demokracji. Giorgio Agamben postawił nowej rzeczywistości druzgocącą diagnozę. Ustrój, który w powszechnym mniemaniu rezonuje z ideałami wolności i społecznego rozkwitu, kojarzył mu się z czymś zgoła odmiennym – czystą przemocą, dehumanizacją oraz nieuchronnym marszem ku autorytaryzmom. Ogłoszenie tych obserwacji w 1990 roku w książce „Wspólnota, która nadchodzi” możemy porównać do publikacji słynnej „Dialektyki oświecenia” pół wieku wcześniej. To w niej Theodor Adorno i Max Horkheimer wkrótce po ucieczce z nazistowskiego reżimu do demokratycznych Stanów Zjednoczonych doszukiwali się w zachodnim konsumpcjonizmie mechanizmów totalitarnych dyktatur.

Współczesny świat bywa często oceniany w świetle dziedzictwa starożytnego Rzymu – Agamben również podążał tym tropem: spośród bogatej spuścizny dawnej potęgi jeden element okazał się konstytutywny dla przyszłej historii kontynentu. Nie jest to ani koncepcja obywatelstwa, kodeksy prawne czy system republikański, ale figura homo sacer. To ten termin Agamben uczynił główną osią swojej filozofii. Pojęcie homo sacer, pochodzące z dość tajemniczego splotu praktyk prawnych i religijnych, określa osobę, jaka została wyłączona spod ochrony prawa i pozbawiona przywilejów obywatelskich. Każdy może ją bezkarnie zabić, a jednocześnie, co istotne, nie wolno jej złożyć w ofierze. Tym samym staje się podwójnie wykluczona – nie jest w stanie funkcjonować w społeczeństwie, a jej śmierć zostanie odarta z wyższego znaczenia, jak pozyskanie przychylności bogów.

Tej sytuacji towarzyszy paradoks, który można określić „włączającym wykluczeniem”: jednostka, aby mogła stać się homo sacer, musi zostać objęta działaniem prawa, lecz tylko po to, by następnie zostać wyrzuconą poza jego obręb. Zostaje pozbawiona swojego wymiaru kulturowego i społecznego, stając się „nagim życiem”, czystą biologicznością. By lepiej zrozumieć ten nieintuicyjny paradoks, odwołajmy się do konkretnych przykładów.

Praktyka „włączającego wykluczenia” w ostatnich dwóch dekadach była wielokrotnie stosowana w ramach doktryny wojny z terroryzmem. Jej przykłady to działające poza prawem ośrodki zatrzymań, jak niesławne amerykańskie więzienie Guantanamo. To tam osadzeni byli bezterminowo przetrzymywani i poddawani wymyślnym torturom przy milczącej obojętności świata. Spośród setek więźniów z Guantanamo większość została wypuszczona bez zarzutów, nieraz dopiero po kilkunastu latach. Równie drastyczne praktyki miały miejsce w wielu miejscach świata, jak ośrodek przesłuchań w Starych Kiejkutach lub więzienie Abu Ghurajb.

Najsłynniejszą formą walki z terroryzmem stała się wojna dronowa, obejmująca między innymi Afganistan, Irak, Iran, Jemen, Libię, Pakistan, Somalię i Syrię. Całe obszary geograficzne trafiły pod permanentną obserwację dronów uzbrojonych w pociski Hellfire, które eliminowały osoby uznane za terrorystyczne zagrożenie. W ciągu dwudziestu lat systematycznie deregulowano zasady przeprowadzania bezzałogowych ataków, w wyniku czego zginęły tysiące przypadkowych cywili, w tym przynajmniej setki dzieci. Mówiąc językiem Agambena, miliony ludzi zostało objętych przez prawo, które następnie – „zgodnie z prawem” – czyniło krok wstecz, zawieszając swoje działanie i przemieniając całe populacje w „nagie ciała”. To ich ciepło wykrywały dronowe kamery na podczerwień i to je uśmiercały, ignorując przy tym zarówno legislację krajową, jak i traktaty międzynarodowe.

Kondycję homo sacer ukazuje też trwająca od lat sytuacja w Palestynie, po październikowej masakrze dokonanej przez bojówki Hamasu doprowadzona do ekstremum. W wyniku działań izraelskiej armii już na początku konfliktu skala ofiar cywilnych pobiła niechlubne rekordy – Organizacja Narodów Zjednoczonych alarmowała, że Gaza staje się cmentarzem dzieci: w ciągu pierwszych trzech tygodni zginęło tam więcej nieletnich niż rocznie we wszystkich konfliktach zbrojnych od 2019. Całkowita liczba cywili zabitych w ciągu kilku miesięcy przekroczyła liczbę ofiar cywilnych kilku lat wojny w Ukrainie. Oficjalne dane mówią o około 70 tysiącach osób, choć coraz częściej wskazuje się na liczbę 100 tysięcy (a czasem znacznie więcej).

Mieszkańcy Gazy wydają się być wielkim zbiorowiskiem współczesnych homines sacri, można ich uśmiercić nie ponosząc konsekwencji, a uśmiercenie to nie przekłada się na żadne realne działanie instytucji międzynarodowych. Ponownie mamy do czynienia z sytuacją, gdy rozwiązania prawne, które miały być gwarantem pokoju
i humanitaryzmu, nie tylko zawodzą, ale ponoszą wręcz spektakularną klęskę. ONZ wydawała kolejne oświadczenia wzywające do zaprzestania działań zbrojnych, stanowiły one jednak prawną pustkę. Wiele państw zachodnich potępiło konflikt, jednocześnie aktywnie prowadząc dostawy broni i sprzętu wojskowego w rejonie walk.

Możemy to uznać za klasyczną, polityczną hipokryzję. Dla Agambena byłoby to jednak zbyt proste wytłumaczenie. Nawet jeśli mamy do czynienia ze zwykłą kalkulacją zysków i strat po stronie amerykańskich i europejskich liderów, ich postępowanie jest głęboko osadzone
w strukturze zachodniej tradycji ustrojowej, w której prawa są ściśle powiązane z obywatelskością. W efekcie, jak alarmowała już Hannah Arendt (stanowiąca jedną z głównych inspiracji Agambena), prawa człowieka najmniej służą tym, których powinny chronić najbardziej, a więc osobom, które z różnych powodów nie posiadają ochrony ze strony własnego kraju.



Ludzkie odrzuty

Inną ilustracją problemu homo sacer jest sytuacja na europejskich granicach. Obecny status migrantów trafnie oddaje użyty przez Krzysztofa Bosaka termin „odrzuty”. Wicemarszałek Sejmu RP w ten sposób odniósł się do osób (czy to jeszcze osoby?) zawracanych przez niemieckie służby do Polski. Jedna z cieszących się dużą popularnością rolek ukazuje mężczyznę na środku mostu granicznego: na jednym krańcu stoją niemieccy strażnicy, na drugim samozwańczy obrońcy polskich granic. Migrant bezskutecznie krąży między nimi i jest odpychany przez obie strony, aż siada pod barierką opuszczając głowę. Stał się „nagim ciałem”, ludzkim odrzutem, nie może zrobić już nic, co zmieniłoby jego sytuację.

Nie jest to problem dotyczący wyłącznie polskiej granicy. Wbrew dominującej dziś narracji o Unii Europejskiej jako eldorado „multi-kulti”, sytuacja jest dużo bardziej skomplikowana. Przez lata kraje europejskie prowadziły dwutorową politykę: z jednej strony okresowo uchylano drzwi na kontynent, głównie w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynku pracy, z drugiej zaś prowadzono niezwykle ostry reżim kontroli granic, nad którym pieczę sprawowała wielokrotnie potępiana przez obrońców praw człowieka agencja Frontex.

W rzeczywistości również w tym wypadku mieliśmy do czynienia z Agambenowskim paradoksem „włączającego wykluczenia” – od wielu lat migranci są jednocześnie chronieni prawem, jak i skazani na znalezienie się poza jego ramami. Ustanowienie ośrodków detencyjnych na północy Afryki lub w Turcji oficjalnie służy ochronie życia, lecz w praktyce są to często miejsca tortur, wyzysku, poniżającego traktowania oraz przystanki na drodze do deportacji. Artykuł organizacji Human Right Watch z 2022 roku stwierdza, że unijną politykę względem migrantów można podsumować słowami „Let them die”. Sytuacja na granicy z Białorusią nie jest więc niczym nowym ani szczególnie odbiegającym od praktyk takich krajów jak Hiszpania, Grecja lub Włochy, stosowanych od przynajmniej dwóch dekad. Przeciwnie, polsko-białoruska granica wyjątkowo dobrze ukazuje uwikłania liberalnej polityki. Przykładowo, zgodnie z prawem nieudzielenie pomocy osobom w sytuacji zagrożenia życia jest karalne, ale jej udzielenie okazuje się również karane, o czym przekonują się wolontariusze w lasach. Paradoks jest szczególnie widoczny w przypadkach, gdy Straż Graniczna na zgłoszenie aktywistów odwozi wycieńczone osoby do szpitali, a następnie ci sami funkcjonariusze zabierają pacjentów, nieraz wciąż w stanie krytycznym i wywożą ich na białoruską granicę.

Znalezienie odpowiedzi na wyzwanie masowych migracji czy tym bardziej kryzysu demokratycznego projektu to zadanie wyjątkowo trudne. Kluczowe jest na pewno zrozumienie, że dzisiejsze postępowanie wobec migrantów nie jest niewinnym ekscesem, lecz pociąga za sobą daleko idące konsekwencje. Agamben zauważy, że „wyjątki” takie jak tymczasowe zawieszanie prawa, militaryzacja granic lub kryminalizacja pomocy humanitarnej nie są precedensem, skutkiem zaniedbań ani populizmu, ale stanowią sam szkielet naszego systemu i zadecydują o jego dalszych losach.

Między wyjątkiem a normą

Pora odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie mielibyśmy uznać archaiczną figurę homo sacer za centralną dla całego porządku prawnego? U Agambena wyjątek pozostaje w szczególnej relacji z normą, gdyż to on nadaje jej właściwą moc. Wyjątek poprzedza regułę jako warunek niezbędny do jej ustanowienia. Dopiero poprzez wskazanie elementu spoza zbioru reguł możliwe staje się wyznaczenie zakresu tego, co stanie się normą. Prawo – krew i ciało liberalnej demokracji – jest obowiązujące dzięki wyjątkowi. Aby istnieć musi podtrzymywać z nim związek, zawieszając samo siebie i tym samym regularnie wytwarzając sytuacje, w których norma przestaje być odróżnialna od wyjątku, w których można stać się ludzkim odpadem.

Jak zauważa Agamben, „[t]o nie wyjątek wymyka się regule, lecz właśnie reguła, ulegając zawieszeniu, daje miejsce wyjątkowi i tylko w ten sposób, pozostając z nim w określonym związku, konstytuuje się jako reguła”. A teraz ujmując rzecz prościej: według włoskiego filozofa fundamenty naszego prawa zbudowane są tak, że zezwalają władzy na stwarzanie wyjątku, w ramach którego prawo może być omijane. Praktyka zaś pokazuje, że to, co miało być „wyjątkiem” ulega jednak naturalizacji i staje się nową normą. A czy nam się to podoba czy nie, środki wyjątkowe zastosowane wobec zagrożenia w postaci migrantów, terrorystów, wichrzycieli czy outsiderów, prędzej czy później staną się normą dla wszystkich.

By zobrazować działanie tego mechanizmu wróćmy do przykładu polityki migracyjnej. Stosowany na granicy wyjątek, bez względu czy nazwiemy go łamaniem, zawieszaniem czy naciąganiem prawa, właśnie jako wyjątek leży w samym centrum współczesnej debaty publicznej, aktywnie przekształcając model polityczny Zachodu, prowadząc do wzrostu popularności partii populistycznych, zaostrzania postaw rasistowskich i ograniczeń wobec obcokrajowców już zamieszkujących kontynent. Imigracyjna wojna hybrydowa Rosji nie jest wojną ekonomiczną; niepoważne byłoby twierdzenie, że maksymalnie kilkadziesiąt tysięcy osób rocznie, które jest w stanie przerzucić przez różne granice Unii Putin z Łukaszenką, mogłoby zdestabilizować cały kontynent. Mamy zamiast tego do czynienia z wojną kulturową w postaci podważania ustroju demokratycznego i jego wartości. Rosja tę wojnę wygrywa ze znacznymi sukcesami.

To, jak daleko może zajść antyimigracyjna panika, pokazuje przykład USA, gdzie coraz więcej zupełnie przypadkowych osób trafia do piekła obozów zatrzymań bez możliwości powrotu. Powodem deportacji może być nieprawomyślny wpis na platformie X, udział w nieodpowiedniej pikiecie lub po prostu ciemniejszy kolor skóry. Wymiar sprawiedliwości w imię wyjątku oficjalnie usankcjonował profilowanie rasowe w ramach akcji deportacyjnej. Równie dobrze powód mógłby nie istnieć. Zatrzymania nie omijają dzieci z amerykańskim obywatelstwem (czasem oddzielanych od rodzin), a także, co byłoby zabawne, gdyby nie tragizm sytuacji – natywnych Amerykanów z powodu karnacji mylonych z Latynosami. Od kilku miesięcy Urząd Celno-Imigracyjny oraz pokrewne instytucje rozbudowują ze wsparciem gigantów technologicznych potężną sieć inwigilacji, jaka formalnie ma na celu wychwytywanie osób „bez papierów”. W dużej mierze opiera się ona na algorytmach AI przeszukujących codzienną aktywność internetową. Czy istnieje jakakolwiek gwarancja, że władza nie zapragnie wykorzystywać nowych narzędzi w inny sposób, przykładowo wobec politycznej opozycji?

Sposób postępowania służb państwowych wobec wyjątku wyznacza jednocześnie polityczne granice tego, do czego władza może się posunąć. To, co dziś jest możliwe w stosunku do obcokrajowców czy innego domniemanego lub słusznego zagrożenia, jutro może stać się normą w odniesieniu do własnych obywateli. Historia różnorakich technologii śledzenia, pacyfikowania demonstracji i innych metod dyscyplinowania społeczeństwa jest właśnie historią przemiany wyjątku w normę – testowania tych rozwiązań w koloniach oraz podczas wojen – i systematycznego ich przenoszenia w obręb własnych państw.

Fuzja normy z wyjątkiem jest dobrze widoczna w strategii antyterrorystycznej państw zachodnich. W efekcie serii zamachów we Francji, Anglii i Niemczech, kolejne rządy rozpoczęły program inwigilacji społeczeństwa na niespotykaną dotąd skalę. Ponieważ zagrożenie terrorystyczne może kryć się wszędzie, prewencyjną obserwacją muszą być objęci wszyscy. Domniemanie niewinności, fundament zachodniej myśli prawnej, ustępuje domniemaniu winy, nie artykułowanemu oczywiście bezpośrednio, ale wynikającemu z policyjnej praktyki.

Francuski socjolog i filozof Didier Bigo zaproponował do opisu tej sytuacji termin „banoptykon” – od słowa panoptykon, oznaczającego więzienie, które zostało skonstruowane tak, by więźniowie nigdy nie wiedzieli, czy są obserwowani czy nie, w wyniku czego sami zaczynają dopasowywać swoje zachowanie do oczekiwań strażników, nawet gdy ci nie patrzą. W banoptykonie narzędziem dyscyplinowania miałyby być cyfrowe technologie śledzenia i profilowania, zarówno ze strony rządów, jak i korporacji, które uniemożliwiają obywatelom codzienne funkcjonowanie bez bycia obserwowanym. Bez względu na nasze stanowisko wobec takiego działania, ponownie musimy przyznać rację przewidywaniom Agambena – wyjątek w postaci terroryzmu prowadzi do systematycznego ograniczania praw obywatelskich i przekształcenia polityki jako takiej.


A czyny stały się prawem

Podsumujmy: środki wyjątkowe nie są efektem ubocznym (nie)działania prawa, lecz jego centralnym elementem, istotą modelu politycznego, w jakim przyszło nam żyć. Długo przed włoskim filozofem zauważył to Carl Schmitt, niemiecki teoretyk prawa, nazywany też „naczelnym jurystą III Rzeszy”. W obliczu politycznego chaosu w międzywojennej Europie, a szczególnie Republice Weimarskiej, Schmitt postulował, by zogniskować mechanizmy prawne wokół idei silnego, suwerennego państwa, któremu prawo ma służyć (a nie odwrotnie). Oznacza to odrzucenie wszelkiego humanitaryzmu, na rzecz oparcia prawa na możliwości stosowania przemocy adekwatnej do sytuacji. O adekwatności ma decydować nie konstytucja lub kodeksy, ale sam suweren, uosabiany przez państwo totalne lub partię i jej wodza (idealnym obrazem tej sytuacji jest Ameryka Donalda Trumpa).

Jeśli prawo ma być skuteczne, twierdził Schmitt, powinno podlegać słowom i czynom suwerena. Ograniczanie jego władzy byłoby zamachem na wolność i dobrostan narodu, oznaczałoby bowiem, że suweren musi wstrzymywać się w reagowaniu na sytuacje kryzysowe, a tym samym pozwalać na ich eskalację (co podważa jego suwerenność). Dlatego niemiecki jurysta z szacunkiem komentował Noc długich noży – to dla niego dobry przykład tego, jak odpowiedzialny suweren zidentyfikował problem i, nie oglądając się na martwą legislację, po prostu napisał nowe zasady swoimi czynami. W końcu, zauważa Schmitt, „władza nie potrzebuje prawa, by ustanowić porządek prawny”.

To do tej myśli nawiązywał Jarosław Kaczyński, gdy porównywał Donalda Tuska do Adolfa Hitlera: „[b]yli już tacy, których wola była prawem. Wola führera była prawem”. Choć wywołało to oburzenie ówczesnej opozycji, możemy tu znaleźć ziarno prawdy. Faktem bowiem jest, że postępowanie nowego rządu po objęciu władzy odbiega od standardowych procedur państwa prawa, co tłumaczy się sytuacją wyjątkową. Jarosław Kaczyński oczywiście zapomniał, że jego partię również łatwo wiązać z decyzjonizmem „suwerena” i powoływaniem się na wyjątkowe zagrożenia. Nie zmienia to faktu, że raz ustanowiony wyjątek jest niezwykle trudny do przezwyciężenia i związane z nim praktyki stają się normą nawet przy zmianie władzy.

Agamben zauważa, że życzeniowa wizja Schmitta, gdzie silna ręka suwerena wprowadza stan wyjątkowy, by przywrócić porządek, zwykle nie dochodzi do skutku. Oparcie władzy na wyjątku uniemożliwia powrót do normalności. Wyjątek, jakim motywowane są działania nadzwyczajne, jednocześnie zawiesza i „poszerza” prawo, które nie jest w stanie przywrócić stanu równowagi inaczej niż przez usankcjonowanie nowej sytuacji. Państwo, by móc zachować swoją skuteczność, musi działać poprzez zarządzanie kryzysowe. W takiej interpretacji problematyczna staje się klasyczna wykładnia prawa, uznająca przewidywalność za jego kluczową cechę. Jej rolę zajmują tymczasowe rozporządzenia, dekrety, uprawnienia specjalne. Dochodzi do wzrostu znaczenia władzy wykonawczej i instytucji bezpieczeństwa, które administrują nieustającym stanem wyjątkowym – zarządzaniem granicami, przywracaniem praworządności, zwalczaniem terroryzmu, zmianami klimatu czy pandemiami – na dobre i na złe. Innymi słowy, akt rządzenia staje się permanentnym zarządzaniem sytuacją wyjątkową.

Międzynarodowe prawo humanitarne, jak i legislacje krajowe czy regionalne pozostają w tej sytuacji bezsilne. Paradygmat wyjątku przejawiający się w narracjach o zagrożeniu na granicy i o zderzeniu cywilizacji odsyła do lamusa dotychczasowy konsensus, przy okazji stanowiąc użyteczne narzędzie zarządzania w obliczu ekonomicznego osłabienia klasy średniej. Łatwiej obsługiwać społeczne niezadowolenie zalewając Internet tik-tokami sugerującymi wątpliwą „inwazję”, niż odpowiadać chociażby na żądania poprawy prawa pracy czy dostępności mieszkań.


Między bezpieczeństwem a wspólnotą

Interesującym uzupełnieniem teorii Agambena jest myśl innego współczesnego włoskiego filozofa, Roberta Esposito. Opisuje on prawicowo-populistyczną woltę w liberalnych demokracjach za pomocą teorii immunizacji. Zakłada ona, że idea zamknięcia i obrony przed obcością czy zagrożeniem, która stanęła w centrum zachodniej cywilizacji, wynika przede wszystkim z porzucenia postaw wspólnotowych. Nowe życie idei silnego, zunifikowanego państwa narodowego jest według Esposito odpowiedzią na postępujący rozkład tkanki społecznej, utowarowienie relacji międzyludzkich oraz politykę skrajnego indywidualizmu. Strategia prywatyzacji zysków i uspołeczniania strat, wyrażająca się w technokratycznym haśle „ciepłej wody w kranie”, usunęła z zachodniego słownika pojęcie wspólnoty, stawiając na pierwszym planie jednostkowy interes (dodajmy: nielicznych).

Dzisiejszy powrót nacjonalizmu i twardej ręki suwerena to niezgrabna imitacja communitas – wspólnoty. W tym nowym reżimie władzy rolę więzów pełni nie solidarność, ale siła. W im większym stopniu rządzący odwołują się do pompatycznych, patriotycznych uczuć, tym większe znaczenie zyskują przemoc i podział, ukrywające pustkę stojącą za nacjonalistycznymi ideami. Bezpieczeństwo, tradycyjnie odnoszące się do całego szeregu postulatów i działań, od godnej płacy po spokojną starość, zostaje sprowadzone do wąskiego paradygmatu ochrony przed Innym. Właśnie stąd biorą się narracje o upadku cywilizacji białego człowieka czy islamizacji. Nie oznacza to, że problemy, o których alarmuje prawica zupełnie nie istnieją i trzeba je ignorować. Jeśli jednak, ostrzega za Agambenem Esposito, struktury państwa (i społeczna inicjatywa) zostają oparte na zwalczaniu zagrożenia i staje ono w centrum debaty publicznej, niezbędne jest jego ciągłe reprodukowanie w celu podtrzymania narracji oblężonej twierdzy. To właśnie koncept zagrożenia oliwi tryby państwowej machiny.

Immunizacja przed zewnętrzem jest niezbędna dla przetrwania jakiejkolwiek społeczności; to dzięki niej może ona ukształtować swoją tożsamość, a tym samym unikalne poczucie solidarności. Jednak sytuacja staje się patologiczna (i paradoksalnie groźna dla samego bezpieczeństwa!) gdy wokół pojęcia zagrożenia zaczyna funkcjonować całe życie publiczne. Postawienie wyjątku / Innego w centrum polityki czyni przemoc ośrodkiem nerwowym całego systemu (nawet gdy szczyci się on szlachetnymi ideami praw człowieka). W efekcie, zauważa Esposito, może dojść do „choroby autoimmunizacyjnej”, gdzie zagrożenie będzie poszukiwane nie tylko w zewnętrznym wyjątku, ale też w samym wnętrzu wspólnoty (lub tego, co z niej zostaje). Stąd też coraz szersze zjawisko polaryzacji społeczeństwa. Porzucenie narracji solidarności i otwarcia powoduje paraliż polityki i niezdolność do prowadzenia jej w sposób inny niż ciągłe wskazywanie winnego, ciągłe odtwarzanie podziału My-Oni. Jest to oczywiście charakterystyczne dla całego spektrum ugrupowań, nie tylko populistycznej prawicy.

Debata o proporcjach immunitas i communitas zdefiniuje dalsze losy zachodnich demokracji. Podejmowanie decyzji pochopnie, pod wpływem emocji i internetowych filmików bez kontekstu może okazać się bardzo kosztownym błędem. Kluczowe pytanie, które powinniśmy dziś zadawać to: Dlaczego mieszkańcy Afryki czy Bliskiego Wschodu migrują? To jednak pociąga za sobą kolejne niewygodne pytania, a wśród nich: Jak zadłużenie u zachodnich instytucji paraliżuje inwestycje na Globalnym Południu? Kto korzysta na handlu bronią destabilizującą codzienne życie w ubogich rejonach? Skąd się bierze nasza tania żywność, surowce (w tym te potrzebne zielonej transformacji), ubrania i inne dobra? Kto i w jakich warunkach wydobywa materiały na naszą elektronikę? Jak raje podatkowe sprzyjają defraudacji funduszy rozwojowych? Przemyślenie tych zagadnień wymagałoby wyjścia ze strefy komfortu, które może być trudniejsze niż zatrzymywanie przypadkowych samochodów na granicy.

Dla strony liberalnej wyjściem ze strefy komfortu może być natomiast przemyślenie swojego oburzenia i liczenia na to, że państwo prawa rozwiąże wszystkie problemy. Naruszanie praw człowieka „w świetle prawa” na wschodniej granicy jest lustrzanym odbiciem samozwańczych patroli na zachodniej. Lektura Agambena każe widzieć rzeczywistość jako bardziej skomplikowaną niż ukazują to spolaryzowane media. Autor „Homo sacer” wykazuje, że koszmar autorytaryzmu nie jest nieskończenie odległą przeciwwagą dla idei demokracji, lecz granica pomiędzy nimi bywa trudna do wyznaczenia. Szukając więc lekarstwa na kryzys demokracji liberalnej, należy wejrzeć w mechanizmy, jakimi się rządzi i paradoksy, które wytwarza. Demokracja, ta bezprzymiotnikowa, nie jest czymś stałym i stabilnym, ale ciągłym zadaniem, być może niemożliwym do osiągnięcia, lecz wartym ciągłych starań. Właśnie w tym dążeniu, ciągłej nieokreśloności, niedomkniętych tożsamościach i wielości dróg, sugeruje Agamben, wykuwa się prawdziwa wspólnota. Prawdopodobnie brzmi to dziś tak samo banalnie jak wzywanie do karmienia głodnych i przyodziania nagich. Znajomość historii sugeruje jednak, że mimo wszystko warto próbować.

Korzystałem między innymi z:

Agamben G., „Homo Sacer. Suwerenna władza i nagie życie”, tłum. M. Salwa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2008;
Agamben G., „Stan wyjątkowy”, tłum. M. Surma-Gawłowska, korporacja ha!art, Kraków 2008;
Arendt H., „Kondycja ludzka”, tłum. A. Łagodzka, Aletheia, 2010;
Esposito R., „Demokracja immunitarna”, tłum. M. Wrana, w: „Pojęcia polityczne. Wspólnota, immunizacja, biopolityka”, R. Esposito, Kraków 2015;
Schmitt C., „Teologia polityczna i inne pisma”, tłum. M. A. Cichocki, Aletheia, Warszawa 2012.


Mateusz Pietryka




Tekst pochodzi ze strony internetowej Magazynu Kontakt.

drukuj poleć znajomym poprzedni tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:



Pogrzeb Cezarego Miżejewskiego
Warszawa, siedziba RSS, ul. Elektoralna 26
5 stycznia (poniedziałek), godz. 9.00
Warszawska Socjalistyczna Grupa Dyskusyjno-Czytelnicza
Warszawa, Jazdów 5A/4, część na górze
od 25.10.2024, co tydzień o 17 w piątek
Fotograf szuka pracy (Krk małopolska)
Kraków
Socialists/communists in Krakow?
Krakow
Poszukuję
Partia lewicowa na symulatorze politycznym
Discord
Teraz
Historia Czerwona
Discord Sejm RP
Polska
Teraz
Szukam książki
Poszukuję książek

Więcej ogłoszeń...


9 stycznia:

1838 - W Gdańsku otwarto pierwsze publiczne przedszkole.

1865 - W Algierze zmarł Henryk Michał Kamieński, pseud. Filaret Prawdowski. ekonomista, filozof, publicysta, teoretyk ruchu rewolucyjno-demokratycznego (Związek Narodu Polskiego), pisarz filozoficzny i ekonomiczny.

1890 - W Berlinie urodził się Kurt Tucholsky, niemiecki dziennikarz i pisarz pochodzenia żydowskiego. Lewicowy demokrata i pacyfista.

1901 - W Warszawie urodził się Stanisław Dubois, jeden z liderów lewego skrzydła PPS, współtwórca Czerwonego Harcerstwa, skazany w procesie brzeskim; zginął w KL Auschwitz.

1908 - W Paryżu urodziła się Simone de Beauvoir, francuska lewicowa pisarka, filozofka i feministka.

1909 - W Ajaccio na Korsyce urodziła się Danielle Casanova, francuska działaczka komunistyczna, współzałożycielka Jeunes Filles de France, działaczka ruchu oporu. Zginęła w Auschwitz.

1922 - W Faranah urodził się Ahmed Sekou Touré, lewicowy polityk gwinejski, jeden z głównych przywódców walki o niepodległość Gwinei i jej prezydent w latach 1958-84.

1923 - Początek strajku ekonomicznego 50 tysięcy robotników przemysłu włókienniczego w Łodzi, Bielsku i Białymstoku.

1928 - Powstała Liga Ochrony Przyrody (LOP).

1944 - Powstała Rada Jedności Narodowej pod kierownictwem socjalisty Kazimierza Pużaka.

1959 - W departamencie El Quiché urodziła się Rigoberta Menchú, gwatemalska obrończyni praw Indian, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla.

2004 - W Turynie zmarł Norberto Bobbio, włoski polityk, filozof i politolog zajmujący się gł. zagadnieniami demokracji i socjalizmu.

2017 - W Leeds zmarł Zygmunt Bauman, socjolog, filozof, eseista, jeden z twórców koncepcji postmodernizmu – ponowoczesności, płynnej nowoczesności, późnej nowoczesności.


?
Lewica.pl na Facebooku