Chorwacki futbol w oparach szowinizmu
2018-08-27 14:24:45
Podczas minionych Mistrzostw Świata w piłce nożnej - Rosja 2018, futbolista chorwacki Domagoj Vida po zwycięstwie w ćwierćfinale nad gospodarzami mistrzostw, zamieścił w sieci filmik ukazujący jego radość okraszony okrzykiem „Sława Ukrainie”. Nad wymiarem i przesłaniem tego okrzyku odbyła się w polskich mediach spora celebra (zwłaszcza w społecznościowych). Chodziło o wydźwięk tego okrzyku skierowanego i wymierzonego przeciwko Rosji w związku z sytuacją na wschodzie Ukrainy.

Pewna staruszka w Sarajewie każdego roku w rocznicę
śmierci Tity zapala za jego duszę świeczkę. Otóż jest
przekonana, że Tito przyczynił sie do emancypacji
kobiet w Jugosławii, bo zdjął muzułmankom hidżaby.
Jej prawnuczka nosi hidżab i ma pretensje do
prababki o jej wyemancypowaną przeszłość

Dubravka UGRESIČ (chorwacka literatka, reżyserka, zmuszona przez profaszystowski klimat w Chorwacji do emigracji)

Polskie media społecznościowe – gdzie upowszechniano ten filmik – kastrowały go jednak powszechnie. Nie jest znana jego druga część gdzie Chorwat krzyczy „Belgrad gori”. A to znając historię Bałkanów (dawną i najnowszą) ma już wymiar jednoznaczny – pochwała nacjonalizmu (by nie rzec dosadniej – szowinizmu i faszyzmu) chorwackiego. W takim kontekście na pewno nie niosą one „pro-wolnościowego” i „pro-demokratycznego” wydźwięku, jak chciało to widzieć w Polsce wiele osób. I nie ma znaczenia wyjaśnienie rzeczonego futbolisty, że okrzyk „Belgrad gori” dotyczył …… restauracji w Kijowie ! Późniejsze wydarzenia w Zagrzebiu przeczą temu wyjaśnieniu.
Ale ad rem.
Vida opublikował owo wideo tuż po wygranym ćwierćfinale mistrzostw świata, w którym Chorwacja wyeliminowała reprezentację Rosji po serii rzutów karnych. Obrońca strzelił w tym meczu gola w 101. minucie i wyprowadził Chorwację na prowadzenie. Po zakończeniu spotkania nagrał wspomniany filmik z byłym kolegą z drużyny Ognjenem Vukojevičem, pracującym jako członek sztabu Chorwatów, w którym dedykuje zwycięstwo Ukrainie. A konkretnie - ukraińskim, faszystowsko-banderowskim tradycjom niezwykle popularnym nad Dnieprem i Dniestrem. Korzenie i genezę tych okrzyków oraz określoną mentalność i klimat obecny także wśród piłkarzy chorwackich, ukazuje jednak powitanie futbolistów w Zagrzebiu. Potwierdzają się fakty o gloryfikacji ustaszowskiej – czyli niezwykle brutalnej wersji faszyzmu obecnego w historii Chorwacji – w przekazie jaki jest preferowany przez rządzące tym krajem, przynależnym do Unii Europejskiej, elity i jak ten przekaz jest obecny w świadomości sporej części chorwackiego społeczeństwa.
M.in. z racji krytyki tej sytuacji cytowana we wstępie Dubravka Ugresič musiała opuścić Zagrzeb przenosząc się do Holandii (nacisk tzw. opinii publicznej, groźby, inwektywy i niemoc czy raczej abdykacja władzy admirującej czy popierającej ustaszowskie tradycje).
Chorwacki piosenkarz Marko Perkovič, lider zespołu rockowego >Thompson<, nie ma prawa występować na terytorium kilku europejskich krajów, w tym m.in. Serbii, Holandii, Niemiec czy Szwajcarii. Powodem jest apologia zbrodniarzy wojennych, nazistowskiej historii Chorwacji i sojuszników państwa Paveličia z czasów II wojny światowej. M.in. wykonuje utwory gloryfikujące zbrodnie w Jasenovacu czy Starej Gradišce (ustaszowskie obozy koncentracyjne – Jasenovac to bałkańskie Auschwitz). Od 2008 roku jest klasyfikowany przez specjalistyczne media jako trzecia najbardziej wpływowa osoba w chorwackim show-businessie.
Zawodnikom kadry Hrvatskiej nie przeszkadzało to jednak wcale. Podczas świętowania zdobycia srebrnego medalu na placu w stolicy kraju dali do zrozumienia, że ekstremista jest ich bliskim kumplem. Gwiazda Realu Madryt Luka Modrič, czołowy gracz Barcelony Ivan Rakitič, a także selekcjoner reprezentacji Chorwacji Zlatko Dalič i znaczna część piłkarzy z radością przyjęła obecność Perkovičia w odkrytym autobusie, który obwoził kadrę po Zagrzebiu wśród wiwatujących tłumów. Na ulicach zebrało się ponad pół miliona obywateli witających swoich bohaterów. Wraz z piłkarzami otrzymali jednak gloryfikatora Niezależnego Państwa Chorwackiego, czyli tzw. ustaszy, którzy odpowiadają za metodyczną zagładą prawie miliona ludzi - prawosławnych Serbów, Żydów, Romów - podczas II Wojny Światowej. Jakże wymowny to symbol i przesłanie, dające dowody na źródła okrzyku Vidy, krytykowanego jako prowokacyjnego, wyzywającego, szowinistycznego.
Perkovič jest jednym z tych, którzy uważają, że Chorwaci nie powinni się wstydzić tego mrocznego okresu. W wywiadzie dla stacji RTL przyznał, że do udziału w fecie zachęcili go sami piłkarze i selekcjoner kadry: „…. Dalić i Modrič zadzwonili do mnie i powiedzieli, że mam wejść na autobus i jechać z nimi na główny plac. Zapytałem wtedy: czy jesteście pewni? Odpowiedzieli: chodź, bądź z nami” – powiedział zwolennik ustaszowskiej wersji faszyzmu dodając jeszcze, że to nie czas na negatywne myślenie.
Koncerty Perkovičia zaczynają się zwykle od zawołania „Za dom spremni” – hasła ustaszy, będącego chorwacką wersją „Heil Hitler”. I takie właśnie hasło padło z autobusu wiozącego świętujących piłkarzy. Perkovič był zachwycony całą uroczystością: „ …To było niesamowite, tak wiele dobrych emocji w naszych graczach, którzy cieszyli się razem z tłumem. Doświadczyłem wiele dobrego, ale to przebiło wszystko (…) To po prostu patriotyczne emocje” – powiedział Perkovič w rzeczonym wywiadzie..
Faszyzm stał się częścią „salonu” cywilizowanej i kulturalnej, demokratycznej i pro-wolnościowej Europy (widzimy ten proces przebiegający od lat i u nas) wraz z uznaniem komunizmu i komunistów za demony i demiurgów całego zła w historii. Zła absolutnego i piekielnego. Tym samym faszyści są złem mniejszym, bo zabijali komunistów czyniąc świat lekko lepszym. Tolerowana i admirowana przez liberalnych demokratów ultra-prawica, skoczy do gardeł z czasem całej lewicy (od komunistów przez soc-liberałów po socjaldemokratów) by na koniec zagryźć owych liberalnych demokratów. „Historia uczy, że ludzie niczego się z niej nie nauczyli” (Georg F. Hegel)
Helsinki - lipiec 2018 (garść refleksji)
2018-07-27 17:36:45
Niewielu komentatorów zachowuje racjonalność i pragmatyzm oraz chłodne podejście wobec spotkania Prezydentów dwóch super-mocarstw nuklearnych – Donalda Trumpa i Władimira Putina. I co ewentualnie może się w jego wyniku wydarzyć dla świata, Europy i Polski. W najbliższym czasie sądzę, że raczej nic. Świadczą o tym choćby enuncjacje gospodarza Białego Domu już w Ameryce, które zresztą nie odbiegają zbytnio od chaosu i przypadkowości wypowiedzi, emocjonalnego nie zrównoważenia Donalda Trumpa jako polityka, powszechnie ocenianego jako osoby nie wiarygodnej bo co rusz zmieniającej zdanie (czy jakikolwiek ustabilizowany i pogłębiony intelektualnie sąd na jakikolwiek problem współczesnego świata do tej pory on zaprezentował ?).

Rex regnat sed non gubernat *
Jan ZAMOYSKI (Sejm RP, 1605 r.)

Nikt nie zwraca uwagi na lobbies jakie otaczają zarówno gospodarza Kremla jak i Białego Domu. Zwłaszcza kiedy weźmiemy pod uwagę – nawet w perspektywie stosunków jakie panują w Moskwie – rolę mega-kapitału w dzisiejszym świecie i jego interesów. Interesów lobbies militarno-naftowego w USA (przebiegających „w poprzek” podziałów demokraci vs republikanie) nie sposób przeceniać w aktualnej polityce USA i wojen prowadzonych na całym świecie od ponad dwóch dekad. Dotyczy to także – symetrycznie - tzw. „siłowników” w Rosji.
Po kolapsie ZSRR i obozu realnego socjalizmu trzeba było istnienie jakiegoś wroga podtrzymać dla funkcjonowania wspomnianych źródeł pomnażania kapitału. Ponowna materializacja absolutnego zła – dziś to Rosja, Chiny, Korea Północna czy Iran (o ISIS, al-Kaidzie czy całym problemie terroryzmu islamistycznego nikt de facto już zbytnio nie pamięta) – pozwala tej sferze gospodarki pozyskiwać kolejne fundusze i pomnażać swoje horrendalne zasoby. Zresztą, USA wydają przez cały czas od 1991 roku na zbrojenia tyle ile cała, licząca się w dziedzinie produkcji i handlu bronią, reszta świata.
Powszechne nad Wisłą i Odrą jest mniemanie, iż to Rosji zależy (i miało zależeć od dawna) na rozbiciu czy osłabieniu UE. Nie twierdzę, że elementów czy ciągot takich w polityce Kremla się nie dostrzega. Choć uważam, iż Rosjanie (zresztą podobnie czynią to i Chińczycy czyli mega-gracze geopolityki światowej) grają na wiodący tandem UE: Niemcy i Francję. I to w takiej kolejności. Rosjan do takiej postawy pobudza jeszcze historia i ich skomplikowane, trudne acz przeważnie pragmatyczne stosunki: z Niemcami i do samych Niemców, ich kultury, rozwiązań cywilizacyjno-kulturowych itd. Zresztą Niemcy podobny stosunek – oparty o pragmatyzm i racjonalność – mają do Rosji i Rosjan.
Ale to Ameryka od lat – oczywiście w bardziej subtelny sposób niż robi to Trump – grała na osłabienie albo na uwiązanie UE na swojej smyczy i niedopuszczenie do tego aby Unia stała się jednolitym organizmem politycznym i tym samym żeby nie mogła wybić się na niezależność od Wuja Sama. W wielu aspektach. Np. NATO i wiodąca w nim rola USA – ze zrozumiałych względów (przede wszystkim wspomniane wydatki na obronę oraz agresywną politykę globalną, którą można nazwać nowoczesną „polityką kanonierek”) – było tego przejawem, formą nacisków do tej pory subtelnych i zakulisowych (bo to są kanony dyplomacji i polityki na najwyższym poziomie).
Trump zaś to jednak jest coś innego. To wytwór i egzemplifikacja tzw. amerykanizmu (w najgorszej wersji) podlanego neoliberalnym, kupiecko-biznesowym sosem. Politykę traktuje jak firmy, którymi zarządzał. Zyski – straty, tu odpuszczam aby zaraz gdzie indziej zyskać. Dziś, natychmiast, żeby to medialnie i PR-owo było zakomunikowane publicznie. Narcyz, sobek, egocentryk zawsze tak działa, mając jeszcze sukcesy w tzw. biznesie, traktujący pieniądze i posiadane dobra jako dowód słuszności swej drogi życiowej oraz dokonywanych wyborów, które winne być przez całe otoczenie podziwiane. I to ma być drogowskazem, wektorem, kultywowanymi wartościami, przez wszystkich, najlepiej przez cały świat.
Aktualny Prezydent USA brutalnie i bez żadnych upiększeń, subtelności i niuansów realizuje zasadę obowiązującą w biznesie (ale taktownie przez polski mainstream przemilczaną) dot. eliminacji konkurenta jako formy rywalizacji o rynki; UE mogłaby być po politycznym zjednoczeniu nie tylko konkurentem ale i grabarzem amerykańskiej hegemonii w ramach cywilizacji tzw. Zachodu. Unia jeśliby udało się scalić ten organizm politycznie, usprawnić i ujednolicić prawo oraz przynajmniej narzucić całemu temu towarzystwu krajów i państewek główne przepisy i kanony byłaby na pewno elementem mogącym zagrozić hegemonii nie tylko USA ale i Chin. Nikomu – nie tylko Rosji (u nas źródła tych katastroficznych przypuszczeń i zaklęć tkwią w rusofobii naszych elit) – na tym nie zależy. USA może najbardziej. A nad Wisłą i Odrą wedle naszego „chciejstwa”, idealistycznej wiary w „american dream” i związanego z tym horrendalnego serwilizmu elit królują zaklęcia, mity, legendy i radosna, irracjonalna twórczość.
Komiczny polityk rosyjski – coś na kształt Trumpa – Władimir Żyrinowski (w klasycznej retoryce i optyce, śmiesznej i groteskowej ale w tej akurat wypowiedzi jest głęboki sens) w jednej z debat politycznych w rosyjskiej TV powiedział coś bardzo istotnego, jeszcze przed spotkaniem Putina i Trumpa: Amerykanie chcą nas odciągnąć od Chin i Iranu, nawet poświęcą dla tego Ukrainę, Syrię i Europę Środkową. Bo duopol Chiny – Rosja jest nie do pokonania za 20-30 lat. Jesteśmy z Chińczykami na siebie skazani, gdyż „wróg naszego wroga musi być naszym sojusznikiem”. Dla „Kitaja toże”. Amerykanom i Trumpowi, chodzi o Chiny. Oni - Amerykanie - nas zjedzą jak było za Jelcyn. Nota bene – nie tylko Żyrinowski uważa, iż wtedy Rosja „uciekła spod topora całkowitego rozpadu i degrengolady” celowo realizowanej przez Zachód.
Tło tej wypowiedzi to emanacja odwiecznej walki w Rosji pomiędzy tzw. „zapadnikami” vel okcydentalistami, a „narodnikami”, słowianofilami, zwolennikami Rosji jako cywilizacji euroazjatyckiej, zbudowanej na delikatnej symbiozie kultur: prawosławnej, islamskiej i judaistycznej (kłania się też tu Huntington ze swoim zderzeniem cywilizacji). O tym w Polsce nikt nawet nie myśli – o wiedzy na ten temat nawet nie ma co wspominać – bo o Rosji tylko negatywnie, emocjonalnie, zjadliwie i z prześmiewczą wyższością wedle sprawdzonego schematu „zawodowego opluwacza wszystkiego co rosyjskie, pana Wacława Radziwinowicza” ([za]: L.Stomma, >Mundial, mundial i już po<, PRZEGLĄD nr 30/968 z dn. 23-19.07.2018). Nigdy racjonalnie i pragmatycznie.
Abstrahując od wszystkiego, jeśli spotkanie Trump – Putin, przyczyni się do zmniejszenia w jakimkolwiek stopniu napięcia między tymi mega mocarstwami nuklearnymi i tym samym obniży się prawdopodobieństwo wybuchu jądrowej pożogi mogącej spopielić świat – a nasz kraj w takiej sytuacji przede wszystkim – będzie to niewątpliwy sukces Helsinek AD’lipiec 2018. Zniesmaczonym i zawiedzionym – militarystom i tęskniącym za kolejnymi polskimi ofiarami w następnym, bezsensownym boju, rusofobom i fundamentalistom religijnym chcącym nieść „jedyną i prawdziwa wiarę na heretycki Wschód” – przytoczę tylko powiedzenie króla Francji Henryka IV z Nawarry; „Paryż wart jest mszy”.
Gdyby w Polsce politykę traktowano jako sztukę tego co możliwe i naukę tego co relatywne (Henry Kissinger) - czyli osiągania określonych celów w danych warunkach i zapewnianie krajowi oraz społeczeństwu z tych efektów maksymalnych korzyści – a nie jako afirmację i manifestację swoich uprzedzeń, fobii, kompleksów, mitów i fantazmatów (przywołując historię i wybiórcze traktowanie, bez symetryzowania i opisowego balansu, dzieje polsko-rosyjskich relacji) na pewno nie byłoby tylu zaskoczeń, kwasów, nieporozumień, konfuzji i żalów. Stosunki międzynarodowe i dyplomację – całą politykę – traktuje się bowiem u nas emocjonalnie więc efekty są właśnie takie.
Świat się diametralnie zmienił. Upadek Muru Berlińskiego i kolaps ZSRR (oraz obozu realnego socjalizmu) nie ma już żadnego znaczenia. My tego nie chcemy widzieć i żyjemy w świecie post-zimnowojennym lub nawet zimno-wojennym celebrując skok Lecha Wałęsy przez mur Stoczni Gdańskiej, porażkę Armii Radzieckiej w Afganistanie, dokonania Jana Pawła II itd. To pokryte kurzem czasu drogowskazy, nie mające we współczesnym świecie zbyt wielkiego materialnego i politycznego (poza symboliką i mitologią) znaczenia.
Centrum świata przeniosło się nad Pacyfik, do Azji. Tam bije jego kapitalistyczno-neoliberalne centrum. Chiny, Korea Pd., Japonia, rosyjska Syberia, ale i Tajwan, Wietnam, Singapur, Indonezja, Malezja i Indie…… Co my o nich wiemy, o ich rozwoju, znaczeniu w gospodarce i roli w światowej wymianie towarów, kapitału, idei ?
My trwamy nadal w micie przynależności do tzw. Zachodu (którego de facto od dawna już jako całości i jednolitego bloku nie ma). Elity europejskie jeśli nie pójdą po rozum do głowy to spowodują, że spełni się sentencja jaką wyraził przed ponad 50 laty Wielki Sternik – Mao Zedong – w wywiadzie dla zachodnio-europejskiej agencji prasowej: na pytanie co sądzi o Europie odpowiedział z charakterystyczną, chińską dezynwolturą – „Europa, a to taki mały półwysep daleko na zachodnim krańcu Azji”.


*-król panuje ale nie rządzi

(Cały artykuł ukarze się w internetowym wydaniu PRZEGLĄD-u)
Odwrót sekularyzmu czyli salut dla nowego Średniowiecza
2018-06-19 09:47:38
Zaprawdę Bóg jest moim Panem i waszym Panem.
Czcijcie go. To jest droga prosta.

Koran, sura Maria 19,36

1/ Sześć zasad Brooksa
Amerykański neokonserwatywny publicysta David Brooks zauważył, że „Zwolennicy sekularyzmu trwają w błogiej nieświadomości zachodzących wokół zmian. Niczego się o religii nie nauczyli, ani w kraju, ani za granicą. Gdy wokoło przewala się Niagara religijnego zapału, oni tkwią w swej suchej norze jak w zaścianku, bez pojęcia o czymkolwiek”. Opracował on sześć przyczynków do porzucenia ułudy sekularyzmu, jego nieuchronności i postępowości. Są to elementy typowe dla krucjaty, celem której byłoby sakralizowanie na nowo życia postmodernistycznych, liberalnych, ale i lewicowych, elit współczesnego świata.
- Uzmysłowienie zwolennikom sekularyzmu, iż nie stanowią oni normy w zachowaniach społecznych. Są po prostu mniejszością, unikatem, który należy poddać badaniom naukowym z tytułu, iż nie czują obecności Boga w życiu codziennym, nie poświęcając swego indywidualnego czasu na rytuały czy modły (będące kontaktem z Absolutem) i zaprzeczeniom kreatywnej roli bóstwa w życiu publicznym.
- Spowodowanie, aby odrzucili oni tezę, iż triumf liberalnej demokracji w skali całego globu jest nieunikniony. Sytuacja w wielu krajach przypomina bowiem Średniowiecze: słabe rządy, bądź brak jakiejkolwiek władzy, powszechna anarchia, armie misjonarzy oraz wielopłaszczyznowe konflikty religijne.
- Zwrócenie powszechnej uwagi na nieznanych liberalnym, globalnym elitom mistyków i kaznodziei amerykańskich, takich jak Tim LaHaye czy Jerry B. Jenkins, których książki rozeszły się w USA w nakładzie 42 mln egzemplarzy. David Brooks zauważa, że najpopularniejsze (obecnie liberalne) media winny więcej mówić i pisać o religii, ale na zasadzie prozelickiej i misjonarskiej, a nie sensacyjnej i naukowo-sceptycznej.
- Absolutne odrzucenie materialistyczno-przyczynowego wyjaśnienia zjawisk religijnych w kontekście społecznym. Brooks krytykowaną manierę badań socjologiczno-religioznawczych porównuje do skompromitowanych jego zdaniem teorii walki klas Karola Marksa, bądź maksymalizacji zysku neoliberalnej ekonomii spod znaku Miltona Friedmanna czy Fridricha von Hayeka. Ponieważ religie są wynikami impulsów, odczytywaniem idei, indywidualnych aktów wiary nie można przedkładać w tłumaczeniu motywacji religijnych rachunku zysków i strat.
- Jego zdaniem, religia porządkuje właściwie świat wartości: zło nazywa złem, a dobro – dobrem. I jest to dla porządku boskiego, którego realne istnienie jest absolutną koniecznością społeczną, ostateczną egzemplifikacją. Brooks wypowiada się w tym punkcie za rozpadem dotychczasowego podziału na lewicę i prawicę, deprecjonując oczywiście dorobek tej pierwszej, obwiniając ją za sceptycyzm wobec wiary, sekularyzację i laicyzację codzienności oraz postmodernistyczne spojrzenie na rzeczywistość.
- Eschatologizacja codzienności Ameryki jest pozytywnym zjawiskiem, zaś ta część elit (jak by można je określić – postmodernistyczno-liberalna), które ową sytuację kontestują, są w zdecydowanej mniejszości i stanowią rezerwat oraz wdzięczne pole dla wspomnianych badań naukowych.

2/ Skutki wyalienowania elit
Pluralizm, tolerancja, wolność jednostki, zrozumienie dla INNEGO, demokracja, liberalizm nie są więc obecnie w tym renesansie wierzeń religijnych trendy. Bo być nie mogą. Uznane zostały powszechnie, przez krytyków – i tak też są odbierane przez coraz liczniejsze odłamy coraz większej liczby społeczeństw (do tej pory uznawanych za demokratyczne, otwarte, wolne i pluralistyczne) - za hedonistyczne, bezbożne, permisywne i niemoralne. Tak się dzieje, gdyż elity społeczne po bankructwie praktycznego projektu Ostatniej Wielkiej Idei wyalienowały się w swoim świecie Dobra - dla siebie i w sobie. Ten proces doprowadził, iż owe elity: kulturowe, ekonomiczne, polityczne, menadżersko-biznesowe, urzędnicze, dziennikarskie etc., przekształcają się powoli w elity instytucjonalno-dynastyczne. Nadają kierunek, wytyczają horyzonty, wygłaszają opinie ale tej reszty kłębiącej się na dole nie widzą, nie mają z nią żadnego styku, żadnego kontaktu poza wirtualnym.
Jak uważa Zygmunt Baumann - są nie z tego świata. A głosili i głoszą swoje racje, a najważniejsze – działają, jak najbardziej w tym świecie doczesnym. Zazdrośnicy, zawistnicy, ci INNI muszą tylko patrzeć na nich z podziwem, niczym ofiary grodzenia gruntów w Anglii u progu nowoczesności, kiedy bez pytania, odgrodzono ich od miejsc będących jeszcze wczoraj wspólnotą materialną i duchową. Nie dano im jednak nic w zamian. Idei już nie ma, jest twarda ekonomiczna rzeczywistość. Ponieważ materialna i „duchowa nędza naszych czasów stała się nie do zniesienia”, w to miejsce awansują różni szarlatani, duchowi kuglarze, szalbierze, zwykli integryści, fundamentaliści czy fanatycy, chcący cofnąć wehikuł historii.
Tu wychodzi na jaw dwoistość, antynomiczność i wewnętrzna sprzeczność a przede wszystkim jej niekonsekwencja liberalnej części elit kultury Zachodu o których wspomina przywoływany wcześniej Baumann. Elity te, jako liberalne, wbrew głoszonym zasadom, promowały w różny sposób, najczęściej krucjatowy, swe idee na całym świecie. Jest to z gruntu sprzeczne z multilateralizmem, wolnością wyboru czy lokalnymi doświadczeniami i historią innych kręgów cywilizacyjno-kulturowych.
Patrząc na sprzeciw wobec tych praktyk (będących często opozycją wobec metody, nie samych idei) poza łacińsko-atlantyckim kręgiem cywilizacyjno-kulturowym (czyli poza judeochrześcijańską tradycją), elity te nie zauważyły, że w ramach naszej kultury odrodziła się potężna opozycja, analogicznego chowu. Wykorzystuje ona religię jako taran przeciwko postępowi, liberalizmowi i wolności. A proweniencja tej opozycji jest analogiczna jak fundamentalistów i fanatyków islamskich, hinduistycznych czy wyznających judaizm.
Dochodzi w końcu do tego, iż pluralizm i wielość rozwiązań cywilizacyjno-kulturowych są na świecie zagrożone właśnie w związku z ekspansywnością i opresyjnością kultury Zachodu, będącej formą krucjaty. Zarówno religijnej, ekonomicznej, cywilizacyjno-kulturowej jak i mentalnej. A przecież to właśnie kultura Zachodu głosi od przeszło 300 lat wolność, demokrację, równość i swobody w kultywowaniu inności. Nie wspominając o braterstwie i miłości bliźniego, nierozerwalnie związanymi z chrześcijaństwem.

3/ Wywołanie wilka z lasu
Zachowując się jak rycerze krzyżowi, nietolerancyjnie, wrogo wobec wolności i cynicznie traktując pojęcie demokracji, mimo woli wywołano wilka z lasu we własnym domu. Teraz dorobek Oświecenia jest atakowany z dwóch stron – od wewnątrz i z zewnątrz. Ta ofensywa wszelkiej konserwy jest o tyle niebezpieczna, że elity są wyalienowane ze społeczności lokalnych, narodów czy innych większych grup społecznych. Poczuwają się raczej do ponadnarodowych, ponadklasowych, ponad-rasowych czy ponad-konfesyjnych więzi korporacyjno - klanowych. To, iż po swej stronie mają prasę i media, o niczym jeszcze nie świadczy i nic nie znaczy. Bo przeciwnik też okopał się na tych samych pozycjach. Dżihad, walcząc z McŚwiatem (żeby przywołać paralelę Benjamina Barbera), posługuje się skutecznymi metodami utożsamianymi do tej pory jednoznacznie z nowoczesnością. I dlatego to jest podwójnie niebezpieczne.
Krucjata jest jedną (i nieodłączną) z form prozelityzmu czy apostolstwa immanentnych chrześcijaństwu, islamowi czy hinduizmowi (zresztą w każdej religii tkwi pierwiastek eksportu wiary – w najmniejszym stopniu dotyczy to ortodoksyjnego judaizmu, gdzie wiara religijna jest związana bezpośrednio z pochodzeniem etnicznym). To połączenie walki i wiary religijnej, cnót rycerskich, męskich i sił witalnych z bogobojnością, idealizmem, potrzebą transcendencji i poddaństwem.
Rewitalizacja wierzeń religijnych, wzrost liczby ortodoksyjnych zwolenników i fanatycznych wyznawców grozi – przy równoczesnym postponowaniu wszystkiego co nowoczesne, modernistyczne czy neutralne światopoglądowo – powrotem dawnych czasów krucjat, ostracyzmu wobec INNEGO czy aktami przemocy w stosunku do niewiernych. O ateizmie i agnostycyzmie nie warto tu nawet wspominać. Zwłaszcza, gdy do tego dochodzi wszechobecny uwiąd racji rozumu i deprecjacja empirii w stosunku do mistyki, ezoteryki, okultyzmu, osjanizmu czy zwykłego transcendentalnego szaleństwa. Te tendencje uwalniają z kolei ludzi w nich pogrążonych od samych siebie, od wolności, od decydowania i odpowiedzialności, od samodzielnego i krytycznego myślenia, od autonomicznych i bezstronnych wniosków.

4/ Nowy porządek świata
Typowym przykładem takiej krucjaty jest wielonakładowa książka pt. „Nowy porządek świata” tele-ewangelisty, niedoszłego prezydenta USA, Pata Robertsona, jednego z prominentnych reprezentantów Nowej Prawicy Chrześcijańskiej w USA (przy którym niegdyś niedoszły, a niesławnej pamięci komisarz UE Rocco Buttiglione lub Jarosław Gowin jawią się jak skrajni libertyni) która zdominowała na przełomie tysiącleci amerykański dyskurs publiczny w przedmiocie kontrowersji światopoglądowych oraz codziennej praktyki demokratycznego państwa. Książka ta, zajmująca w swoim czasie pierwsze miejsce na liście bestsellerów New York Timesa jest swoistym manifestem przeciwko spiskowi pijaków, narkomanów i handlarzy narkotykami, komunistów i socjalistów, dyktatorów różnej maści, chciwych handlarzy pieniędzmi i bankierów, rewolucyjnych skrytobójców i pro-aborcjonistów, tzw. jajogłowych, liberałów, zboczeńców, cudzołożników i ateistów. W tej światowej konspiracji przeciwko Dobru znaleźli się zdaniem Robertsona także luminarze postępu i wolności, ONZ i jego wszystkie agendy oraz światowa masoneria. Nie może zabraknąć w tym gronie wszechobecnych, ciągle spiskujących Żydów. Wszyscy oni „próbują zniszczyć wiarę chrześcijańską”, a przecież „jedyny sposób na porządek i pokój na świecie to przestrzeganie dziesięciorga przykazań”.
Tego typu postawy i poglądy zdobywają, niestety, coraz szerszy oddźwięk w opinii publicznej współczesnego świata. Wygląda na to, że nie chcemy mieć nic wspólnego z wartościami utożsamianymi z elitami. Odrzucamy to, co w jakikolwiek sposób kojarzone jest z wredną, samolubną oszukańczą i bezczelnie bogatą socjetą nadającą kierunek rozwoju i wizję dzisiejszej rzeczywistości.
Powtórka z historii staje się więc całkiem realna, gdyż zacietrzewienie, nienawiść i żarłoczna chęć naprawy (czyli powrotu do dawnych, dobrych czasów paternalizmu) po stronie czystych, nieskazitelnych oddziałów i coraz liczniejszych zastępów Osobistych Przyjaciół Pana Boga (różnych denominacji) jest przerażająca.
Pocałunek Almanzora
2018-05-19 07:46:46
Pocałowaniem wszczepiłem w duszę
Jad, co was będzie pożerać,
Pójdźcie i patrzcie na me katusze:
Wy tak musicie umierać

Adam MICKIEWICZ

Chichot historii i zatoczeniem jej nieuchronnego koła jest to co wydarzyło się w słynnej Sali BHP Stoczni Gdańskiej w dn. 14.04.2018. To tu, w historycznym i symbolicznym miejscu (Polacy uwielbiają symbole, zwłaszcza te natury metafizycznej i patriotyczno-wzniosłej) członkowie ONR w charakterystycznych czarnych bluzach, z opaskami z symbolem falangi na lewym ramieniu obchodzili 84 rocznicę powstania swej organizacji. Etniczna homogeniczność, rasizm i ksenofobia zastąpiły – jak wskazuje wielu zniesmaczonych tym faktem obserwatorów polskiego życia publicznego – idee uniwersalizmu i walki o godność człowieka. Czy aby na pewno tak dzieje się dopiero teraz ?
W sobotę 14.04.2018 odbyła się również współorganizowana przez ONR pielgrzymka na Jasną Górę. Przeor klasztoru na Jasnej Górze o. Marian Waligóra zapewniając w kazaniu do narodowców, że sanktuarium jest otwarte dla wszystkich pielgrzymów, a zabronienie komukolwiek modlitwy byłoby niezgodne z nauką Kościoła katolickiego dodał, iż „…..nie wolno naszej kultury, tożsamości, przekonań zamienić na jakiś pogański chlew". Wielce wymowne – nie tylko symbolicznie – to stwierdzenie, bo to jest właściwe clou polskiego katolicyzmu i lokalnego, nadwiślańskiego Kościoła rzymskiego.
Warto przypomnieć, że wobec ONR toczą się w tej chwili, z zawiadomienia Ośrodka, Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, śledztwa związane z propagowaniem faszyzmu i nazizmu. Prowadzą je m.in. prokuratury w Białymstoku i Łodzi. Zanotowano wśród zgromadzonych na Sali BHP w Stoczni Gdańskiej te same osoby które dwa lata temu w marszu ONR w Białymstoku publicznie nawoływały do mordowania obywateli Izraela.
Na obecność ONR w Sali BHP zareagował legendarny trybun ludowy i pierwszy Przewodniczący „Solidarności” Lech Wałęsa: "Czy o takie wartości Polacy walczyli w Grudniu 1970 i Sierpniu 1980 w Gdańsku ? Pytam się, kiedy ich PiS zdelegalizuje ?" – napisał na Twitterze.
Czy aby na pewno tak dzieje się dopiero teraz ? I czy tak jednoznaczne wnioski można wyciągać zarówno z ONR-owskiego „partheitagu” odbytego w historycznej Sali BHP gdzie urodziła się „Solidarność”, która ma być symbolem anty-wartości niesionych przez ONR, jak i z chłodnego, bez-emocjonalnego dziś (po ponad 40 latach) spojrzenia na tamte wydarzenia zmieniające bieg historii nie tylko w naszym kraju ? Czy ten pocałunek polskiego antysemityzmu, przaśnego tradycjonalizmu, klero-szowinizmu, peryferyjnego i dawno przebrzmiałego konserwatyzmu zawłaszczający obecnie wszystko co można podciągnąć pod pojęcie polskości, winien być zaskoczeniem ? Czy nie jest to droga, którą „Solidarność” podążała nie tylko w czasach szefowania jej przez Mariana Krzaklewskiego, Andrzeja Śniadka i Piotra Dudę ?
Oczywiście protesty robotnicze (dziś mówi się o pracobiorcach bo klasa robotnicza – ten hegemon realnego socjalizmu – dziś jest liliputem wobec tamtego środowiska, tak pod względem ilościowym jak i znaczenia oraz prestiżu, przynajmniej retorycznego) w lecie 1980 roku z których narodził się Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność” miały wybitnie klasowe podłoże. I w tej materii – godność (człowieka pracującego w najszerszym tego słowa znaczeniu), szacunek (ale ze strony ówczesnej warstwy menadżerskiej), właściwa płaca pozwalająca na owo godne życie (czyli zapewnienie wynagrodzenia przez państwo będące właścicielem środków produkcji i pracodawcą) – były to na pewno idee wzniosłe i uniwersalne. Na wskroś humanistyczne. Czy jednak narodowo-podniosłe, naszpikowane jak zawsze w Polsce niezliczonymi fumami i kompleksami, hasła i postulaty (jakie wtedy już się pojawiły) można uważać za takowe ? Czy niosą one, biorąc pod uwagę polskie doświadczenia z okresu tak gloryfikowanej przez część elit solidarnościowych tradycji i tożsamości rodem z II RP, humanizm, idee oświeceniowe, otwartość, zrozumienie i tolerancję ? Getto ławkowe, „numerus clausus” na uczelniach, pogromy Żydów organizowane przez ONR i Falangę, nawoływanie przez najwyższych urzędników państwowych (m.in. Premiera czy Ministrów Rządu RP) do bojkotu tego wszystkiego co wiąże się z obywatelami polskimi wyznania mojżeszowego i pochodzenia żydowskiego, przymusowa polonizacja i katolicyzacja Białorusinów i Ukraińców na Kresach i Lubelszczyźnie, strzały policji do strajkujących i demonstrujących chłopów i robotników (od takich kul zginęło w II RP wielokrotnie więcej ludzi niż w demonizowanych – pod tym względem – czasach PRL). No i stanowisko w tamtych czasach Kościoła katolickiego i hierarchii do problemów trawiących polskie państwo: zwłaszcza jeśli chodzi o stosunek do Żydów, mniejszości religijnych (a stąd prosta droga do cywilizowanie rozumianej tolerancji, swobody wyrażania myśli, wyznawania różnorakich wartości etc.). Wystarczy przypomnieć teksty z „Małego Dziennika” o. Maksymiliana Kolbe czy artykuły (wówczas zwykłego księdza) Stefana Wyszyńskiego, gdzie przyszły Prymas Tysiąclecia zachwala zalety faszyzmu niemieckiego i włoskiego.
Nie ma co ukrywać, teksty (rscz. - o. Maksymiliana Kolbe) były wojowniczo klerykalne, nacjonalistyczne i antysemickie” mówi prof. Zbigniew Mikołejko (religioznawca i filozof).
„Solidarność” od razu „sprzęgła się” (czy została sprzęgnięta) z Kościołem. Nie oceniam czy był to przypadek czy zamiar celowy. „Sprzęgła się” z polskim Kościołem, który zawsze w swej historii był „wsobny” (ale nacjonalistycznie i szowinistycznie), zamknięty na wszelkie nowinki teologiczne i „niebłagonadiożnyje myśli” (nie na darmo kapelan „Solidarność”’ ks. Józef Tischner stwierdził, iż polski katolicyzm jest letni, naskórkowy bo nigdy nie wytworzył uniwersalnej, ponad-lokalnej herezji, gdyż tylko herezje świadczą o żywotności i przemyśleniu wiary religijnej), kładącym nacisk swą nauką na tzw. wartości narodowe, polskie, nie uniwersalne, typowo katolickie („katholicos” znaczy powszechny, uniwersalny, ponad-narodowy).
Kościół w Polsce zawsze niósł i utwierdzał swoją nauką „poddaństwo”, spolegliwość wobec władzy kapitału (czyli niesienie „swego krzyża” – oczywiście jeśli chodziło o inne niż konfrontacja z „komunistycznym reżimem” cele), posłuszeństwo kapłanom a nieufność temu co nowe, promował kultywowanie ludycznej i maryjnej pobożności (kosztem indywidualnego i zracjonalizowanego przeżywania wiary), która zawsze razi przaśnością, mocnym tradycjonalizmem osadzonym w meandrach polskich kompleksów i uprzedzeniach (przede wszystkim do INNYCH) wynikających z mitomańsko pojmowanej historii.
Na bramie podczas strajku pojawia się portret papieża Jana Pawła II (co jest początkiem swoistej, niezgodnej z zasadami tej religii, prymitywnej idolatrii), a na klapie głównego trybuna ludowego – wizerunek Matki Boskiej, Częstochowskiej, tzw. Czarnej Madonny uosabiającej sobą tą wewnętrzną sprzeczność trawiącą od wieków Polaków i katolików znad Wisły. Elementy antysemickie – i jak tu nie mówić o immanencji tych tendencji w tzw. polskości – pojawiły się już podczas pierwszej kampanii prezydenckiej kiedy to Lech Wałęsa takie sugestie kierował (co prawda jeszcze nie wprost bo to było wtedy jeszcze passe) pod adresem Tadeusza Mazowieckiego. I tego najlepszym przykładem jest owa msza, na Jasnej Górze, odprawiana przez katolickiego kapłana dla antysemitów, quasi-faszystów i nacjonalistów grożących Żydom (i tym których za takich uznają) eksterminacją, banicją do Izraela, stygmatyzacja i napiętnowaniem, a zapewniających jednocześnie o swej miłości do Maryi, pobożnej Żydówki i matki Mistrza z Nazaretu. Czczonego przez nich jako Boga. To wszystko stało się wstępem do utożsamienia – ponownie, po dekadach – polsko-katolickiego myślenia o sobie jako „narodzie wybranym”, mającym misję nawrócenia świata (przynajmniej tego sąsiedniego gdyż sąsiadami są „heretycy”, ateusze bądź „schizmatycy”, a przy okazji to nasi odwieczni wrogowie), Chrystusie Narodów, czego kolejne etapy doświadczamy przez mijające 30 lat tzw. ustrojowej transformacji. Polityka Prawa i Sprawiedliwości – jak i ONR-owskie „partheitagi” – są tego jakimś elementem. Jakimś zrozumiałym racjonalnie efektem.
Bo przecież już na I Zjeździe „Solidarności” te szowinistyczne i antysemickie, nietolerancyjne i „wsobno-polskie” (Polak - katolik) tendencje się odzywały: wytupanie-wyklaskanie Jana Józefa Lipskiego i Aleksandra Małachowskiego.
Pocałunkiem Almanzora dla „Solidarności” (mówimy o sojusznikach i środowiskach wspierających) zarówno stali się neoliberałowie, którzy dokonywali tzw. ustrojowej transformacji jak i Kościół katolicki. Jedni zadali ciosy w robotniczy, pro-pracowniczy i klasowy charakter ruchu (po 1989 roku już innego ze zrozumiałych względów), drudzy – sojusznicy w sutannach (w imię swego korporacyjnego i instytucjonalnego, uwarunkowanego swoją historią, interesu) pozbawili go uniwersalności i humanizmu, też klasowego. Bo klasowość to nie tylko interes materialny, doczesny, bytowy. To również świadomość siebie jako klasy, która jest ponad-narodowym, ponad-religijnym i ponad-rasowym przekonaniem czyli ponad-plemiennym, solidarnym środowiskiem pracobiorców stojącym zawsze na antynomicznych stanowiskach niż tzw. pracodawcy (czyli właściciele kapitału).
Wołanie o ludową historię Polski
2018-04-27 11:57:42
Złodzieje mienia prywatnego spędzają
żywot w kajdanach, złodzieje dobra
publicznego – w złocie i purpurze.

KATON STARSZY


Polska czeka ciągle na swoją historię ludową taką jaką napisał Howard Zinn dla Ameryki (LUDOWA HISTORIA STANÓW ZJEDENOCZONYCH). Historii Polski, która ciągle pozostaje w powszechnej narracji zamknięta między takimi oto alternatywami: szlachecka, pańska, triumfalno-tromtadracka i mesjanistyczna z jednej strony oraz trumienno-cmentarna (z towarzyszącymi jej oczywiście patosem i pompatycznością stanowiącymi echa wspomnianej Polski pańskiej), powstańcza i tragiczna ze strony drugiej. Historii nie będącej triumfem „pańskiego ducha” i purpury kościelnych hierarchów, nierzeczywistej idylli ziemiańskich dworków czy „szklanych domów” Baryki seniora. Odartej z retoryki „kochajmy się Polacy bośmy jedna rodzina” bo tylko Bóg, Wiara i Ojczyzna na sztandarach są najważniejsze, a reszta to furda.
Wykorzystując swoje przywileje i pozycję klasową – de facto I RP była oligarchią i ochlokracją szlachecką (nie żadną demokracją) – szlachta blokowała zarówno rozwój mieszczaństwa jak i procesy oczynszowania chłopów (jak to miało miejsce na Wschód od Łaby) czyli ich (w jakimś sensie) upodmiotowienia. Piszę na Wschód od Łaby gdyż wiele opracowań mówi o owej granicy jako faktycznej demarkacji Zachodu i Wschodu: chodzi o formy rozwoju i zmian w gospodarce jakie mniej więcej od połowy XV wieku zachodziły na Zachodzie. Z tym wiążą się także formy uprzywilejowania i hegemonii określonych stanów czy klas społecznych oraz charakter poszczególnych państw (dotyczy to przede wszystkim Prus, a także terenów I RP i Węgier). Stały się one z jednej strony miejscem rozwoju latyfundiów ziemskich, tym samym nastawionych na ekstensywną produkcją rolną, a z drugiej – taki rozwój sytuacji sprzyjał wytworzeniu się jako hegemona klasowego (i tym samym - państwowotwórczego) w postaci warstwy ziemiańskiej, posiadaczy olbrzymich latyfundiów i hacjend w stylu latynoamerykańskim czy południa USA w okresie niewolnictwa (w Prusach było to junkierstwo, a w Polsce i na Węgrzech – szlachta i magnateria).
Już w 1496 roku król polski Jan Olbracht podpisując tzw. statuty piotrkowskie zapoczątkował uprzywilejowanie zarówno ekonomiczne jak i polityczne 8 - 10 % społeczeństwa stanowiącego ogół populacji I RP (tyle mniej więcej stanowiła herbowa szlachta). Zasadniczym elementem owych statutów stały się zapisy dotyczące przywiązania chłopa do ziemi i zakazywały jej opuszczać kmieciom bez zgody pana. Rozpoczyna się od tego momentu skodyfikowany i prawnie uzasadniony system niewolnictwa niewiele (a czasami nawet przewyższający swą opresyjnością i bezwzględnością) różniący się od tego, który znamy z opisów stosunków społecznych na hacjendach w Ameryce Łacińskiej, plantacjach bawełny w Alabamie czy trzciny cukrowej w Gujanie bądź na Haiti. Co prawda nie urządzano publicznych – jak to miało w czasach niewolnictwa w Nowym Świecie - targów na które spędzano by owych nieszczęśników, ale handlowano ziemią sprzedając ją razem z osiadłymi na niej chłopami. Oczywiście bez ich zgody i informacji na ten temat.
Chłop przywiązany prawnie do pańskiej ziemi tracił nie tylko wolę ale przede wszystkim podmiotowość jako osoba. Taka długoletnia niewola, połączona z określonymi stosunkami społecznymi, patriarchalizmem i absolutnym rozdzieleniem tych dwóch klas – szlachty oraz ich poddanych – wytworzyła panującą do dziś w szerokich kręgach polskiego społeczeństwa mentalność charakteryzującą się; wsobnością, brakiem zaufania do instytucji państwa oraz do jakichkolwiek form zrzeszania się, anty-elitaryzmem, pogardą dla wiedzy i stanowionego prawa, klerykalizmem (bo jedyną formą narracji jaką znali chłopi był język duchownego pozostającego w symbiozie – wspólnota klasowa – z owym herbowym panem-bratem, ich właścicielem), antysemityzmem (chłop najczęściej dostawał za swoją pracę talony, które mógł zmaterializować wyłącznie w miejscowej karczmie, którą Żyd arendował od jego pana i gdzie sprzedawano wódkę, którą z kolei produkowano w gorzelni należącej do tegoż szlachcica). To stąd wzięła się owa tandetność, bylejakość, polski „jebał-piesizm” (jak określał taki stan rzeczy Witkacy) gdyż wieki pracy nie-dla-siebie wdrukowały w świadomość tego społeczeństwa – w ogromnej masie post-chłopskiego (dziś dopiero w drugim-trzecim pokoleniu) – określone zachowania i klisze mentalne. Pańszczyznę, tę formę niewolnictwa i poddaństwa, która często obejmowała nie tylko chłopa ale jego żonę i dzieci (kilkanaście dni do odrobienia w tygodniu) zniesiono formalnie ukazem cara w 1864 roku w zaborze rosyjskim, w austriackim kilkanaście lat wcześniej. Formy tej zależności i poddaństwa - oczywiście nie w takim już zakresie, ale ów paternalizm i uniżoność wobec ziemiaństwa trwały cały czas, zwłaszcza na tzw. Kresach, gdzie dodatkowo dochodziła stratyfikacja religijno-językowa – zachowane były przez cały czas trwania II RP na jej Wschodnich peryferiach. Ten aspekt jest dziś absolutnie przemilczany poprzez irracjonalny kult ziemiaństwa, bałwochwalczo uprawianą cześć dla tzw. kultury dworków, promowania zasady „kochajmy się Polacy” nie uwzględniającej absolutnie interesów klasowych itd. itp. Dopiero w 1944 roku wraz z Manifestem PKWN-u i realizacją reformy rolnej garb poddaństwa chłopów (wraz z przesunięciem decyzją Wielkich Mocarstw w Jałcie i Poczdamie granic Polski za Zachód) został ostatecznie odcięty. Sytuacja poddaństwa i opresji niewolniczej w jakiej tkwiła znakomita część społeczeństwa polskiego - była to niejako wewnątrz-polska kolonizacja gdzie owe 8 -10 % władało wyzyskując bezwzględnie pozostałą resztę - trwała ponad 400 lat, a w świadomości taki niewolnik pozostanie jeszcze przez dekady mentalnym niewolnikiem, bezwolną i odruchowo reagującą jednostką. Nie racjonalną, zdystansowaną i krytycznie (a nie – nienawistnie), patrzącą na świat i ludzi osobą.
W zaborze pruskim ta sytuacja z racji kultu prawa i protestanckiej tradycji została rozwiązana zupełnie inaczej i wcześniej, na modłę niemiecką. Dlatego też Wielkopolska tak różni się w tym aspekcie od reszty nadwiślańskiego kraju.
W polskiej narracji i debatach problem niewolnictwa polskiego chłopa, jak również polskiej kolonizacji realizowanej przez szlachtę na Wschodzie (ze wszystkimi konsekwencjami takiej polityki), jest tematem – delikatnie mówiąc - tabu. Podobnie jak tzw. studia post-kolonialne (na razie odbywanych jedynie w ramach badań literaturoznawczych, a nie jak powinno być: politologicznych, społecznych i filozoficznych). Niewiele jest również opracowań próbujących zgłębić to zagadnienie. Problem niewolnictwa polskich włościan przez cały okres trwania I RP niezwykle plastycznie porusza Michał Rauszer w lutowym numerze LE MONDE DIPLOMATIQU („Ile kosztował chłop pańszczyźniany ?”). Warto jest zapoznać się z tym tekstem gdyż odsłania on niezwykle klarownie stosunki społeczne na linii: szlachecki dwór vs czworaki, właściciel tzw. dymów vs pozostający w nich ludzie. Opisuje bez hagiografii stosunki społeczne panujące powszechnie w XVIII wiecznej Polsce (tuż przed rozbiorami ale proces niewolenia 85 % tego społeczeństwa trwał od wieku XVI). Można powiedzieć, iż ten tekst pokazuje realizację praktyczną wspomnianej wewnątrz-polskiej kolonizacji.
Trzeba demitologizować (poprzez taką właśnie dekonstrukcję określonych mitów, fantazmatów czy pisanie o szkieletach „ukrytych w zakamarkach” polskiej świadomości) historię i sprowadzać ją do racjonalnego, rzeczywistego i faktycznego wymiaru. Nasz kraj czeka ciągle na LUDOWĄ HISTORIĘ POLSKI.

- Michał Rauszer, „Ile kosztował chłop pańszczyźniany ?” [w]: LE MONDE DIPLOMATIQU, nr z lutego 2018, s. 33-35

Małpa i brzytwa
2018-03-28 15:54:27
Z gruntu odpychające jest pojęcie społeczeństwa,
utrzymywanego w łączności przez uczucia
i stosunki wynikające z interesów pieniężnych.

John Stuart MILL


Czy sposób myślenia w dzisiejszych czasach, współczesny język komunikacji interpersonalnej, wszechobecność sieci i obowiązujących w niej paradygmatów rzutują bezpośrednio na to co uważało się do tej pory za prawdę ? Czy istnienie tzw. rozumu cyfrowego wymusza siłą rzeczy tzw. racjonalność funkcjonalną określaną jako technokratyczną ciasnotę umysłową ? Czy zagrożeniem dla prawidłowego funkcjonowania myślenia i świadomości są niesione przez umasowienie i totalizm cyberprzestrzeni: obrazkowość, symboliczność (z nią związana), kompresja narracji, a przez to uproszczenie, stereotypizacja, a nawet – wulgaryzacja, retoryki przekazu i wymiany interpersonalnych myśli bądź idei ? Czy stąd pochodzi zagrożenie dla kultury intelektualnej człowieka, jego duchowości i mentalności, deformacji i degradacji języka i ograniczania świadomość ? Czy dehumanizacja – bo tak możemy te problemy przedstawić - którą obserwujemy i która jest zjawiskiem groźnym związana jest bezpośrednio z rozwojem techniki ? Czy wyłącznie technice i postępowi w tej dziedzinie życia należy przypisywać owe negatywne zjawiska ? Internet jest bowiem clou – jak na razie – procesu technologicznego postępu i rozwoju w dziedzinie międzyludzkiej komunikacji.
Dehumanizacja współczesnego życia i stosunków interpersonalnych – i wszystkiego co z tym mniej lub bardziej się wiąże - postępuje przede wszystkim z tytułu pogłębiającej się stratyfikacji na bogatych i biednych. Jej pokłosiem jest coraz wyraźniejszy podział na decydentów i tych o których się decyduje. W coraz szerszym zakresie. Za każdym razem ci drudzy są w sytuacji coraz bardziej bez wyjścia. To niezwykle istotny czynnik owych procesów: władza, sposób jej sprawowania oraz zadania przed nią stojące. Jak mówią – od dekad – tacy prominentni uczestnicy życia intelektualnego oraz publicznego jak Neil Postman, Benjamin Barber, Lester Thurow, Jeremi Rifkin, Noam Chomsky, Naomi Klein, Thomas Piketty itd. władza (czy – kapitał który jest właściwą władzą w systemie kapitalistycznym) musi tych o których decyduje, czymś zająć. Bo pracy, zajęć kreatywnych i wymagających intelektualnego doskonalenia jest coraz mniej. Zwłaszcza w kontekście kolejnego procesu przed jakim stajemy: masowej robotyzacji.
Współcześnie „...zacierają się wszystkie wolności” tak, iż pozostała tylko jedna – wolność wymiany dóbr (czyli – zakupizm). Zakupizm to pojęcie określające komercjalizację wszystkich sfer życia codziennego oraz oddanie się bez reszty neoliberalnej religii rynku. A to jest tylko niewielka część życia. Zwłaszcza życia wedle humanistycznych ideałów Oświecenia, tego co z nim wiązaliśmy i winniśmy nadal wiązać.
Z tym wiąże się bezpośrednio kult homo oeconomicus, człowieka przedsiębiorczego, poruszającego się wyłącznie w przestrzeni owej wymiany dóbr i finansów. Jak napisała niegdyś Marion hr. Dönhoff w liście do Mieczysława F. Rakowskiego przecież „…..Homo oeconomicus ma właściwie tylko jeden cel: z bezlitosną precyzją i kierując się niezawodnym rozsądkiem dążyć do osiągnięcia jak największych korzyści”. Czyli – skrajny utylitaryzm, dorobkiewiczostwo, a co za tym idzie - olbrzymie pieniądze, także w polityce. Przez to m.in. amerykańska klasa polityczna – czyli elita współczesnego Imperium, dzisiejszego Rzymu i największego na świecie hegemona kreującego globalny porządek - należy do tych najbardziej skorumpowanych (Jeffrey Sachs w wywiadzie dla HANDELSBLATT i El PAIS).
Szerzenie fundamentalizmu rynkowego popartego prostackim konsumeryzmem oraz komercjalizacją codziennego życia, utowarowienie uczuć i emocji, języka i mentalności, wszechogarniające reklamy i koncentracja kapitału odpowiadają za postępującą dehumanizacją i problemy o których pisał Stanisław Lem. Technika i postęp są agnostyczne i bez-aksjologiczne. Dotyczy to też Internetu. Po prostu komercjalizacja i wspomniane utowarowienie oraz bezwzględny dogmat rynku (= zysku) wymuszają zawężenie horyzontów myślowych i praktyki zastosowania technologii. Sprzyjają owemu „zidioceniu” utożsamianemu często z terminem „technopol”.
Technopol” to pojęcie stworzone przez amerykańskiego filozofa, antropologa, medioznawcę Neila Postmana (1931-2003). Jest określeniem kultury zdominowanej przez technikę. Technika coś daje ale i coś odbiera, przekształca kulturę, rzeźbi cywilizację. Postman wykazuje w tej perspektywie ambiwalentność i wieloznaczność wszelkich, ludzkich proweniencji, mniemań i poglądów. Zanim znaleźliśmy się współcześnie w „technopolu” przeszliśmy dwie fazy kulturowe: narzędziową i technokratyczną. Przejście do technokracji dokonało się ok. XVI wieku: wiarę, prawdę i wiedzę (służącym intelektualnej satysfakcji) zastąpiły kult siły, postępu i rozwoju (w efekcie – sukcesu). Już Francis Bacon zauważył, iż ten kto ma wiedzę ten ma władzę. W technokracji początkowo technologia i tradycja współegzystowały ze sobą. Dochodzi jednak do medialnej rewolty – obok druku pojawiają się telegraf, fotografia, radio (Postman nazywa go „plemiennym bębnem”) wreszcie telewizja i komputer („przestrzeń wirtualna”). Dwa ostatnie wynalazki to już era „technopolu”. Teraz celem pracy oraz myśli staje się wydajność (z racji wspomnianej religii rynku). Tylko mierzalne, doczesne, namacalne elementy rzeczywistości istnieją, mają prawo egzystencji i jakąkolwiek wartość. Biurokracja, statystyka, testy różnego rodzaju, badania opinii publicznej, reklama, klasyfikacje ratingowe i bankowość stały się podstawą tej formy kultury, tej cywilizacji, formatujących pojęcie „technopolu” do terminu „finansopol”. Moralność i etyka zastąpione zostają przez użyteczność i polityczną poprawność wobec apriorycznych idei, a serwilizm (będący dzieckiem zysku) stał się „złotym cielcem” utylitaryzmu i sukcesu. Samodzielne myślenie zostaje wytrzebione z krytycyzmu. Informacja (z racji szybkości przekazu) jest teraz elementem metafizycznym. Tym samym obowiązujące symbole kulturowe, pojęcia, idee i wartości uległy trywializacji poprzez upowszechnienie i masowość oraz szybkość przekazu. A ludzie, jak to ludzie. W większości nie chcą być Prometeuszami ani Herkulesami. Wolą zadowolić się – zwłaszcza jeśli edukacja i dostęp do wiedzy są utrudnione z różnych względów – rolą cichego, pokornego, bogobojnego niewolnika mentalnego, bo tak zostali ulepieni i ukształtowani przez Torę, Nowy Testament czy Koran albo ……. religię rynku.
Duch kultury oświeceniowej może zostać zabity na dwa sposoby: raz wedle koncepcji Orwella (której obrazem jest więzienie i gułag), dwa – wedle wizji Huxleya (której emanacją jest kultura burleski, kiczu, duchowego spustoszenia spowodowanej przez infantylność przekazu i narracji). „Kultura wyjałowionego śmiechu” (tak można to za Huxleyem spuentować) rodząca się z banalizacji, infantylizmu, huraganu informacyjnego, będąca na te zjawiska odpowiedzią (z tytułu osobowych braków analityczno-percepcyjnych) towarzyszy bałwochwalczemu kultowi już nie tyle pieniądza, zysku czy rynku, ale ich hybrydy - banków, stóp procentowych, kart kredytowych, hoss, bess, kredytów itd. Czyli bankowości i finansów. Tu tkwi clou pojęcia „finansopol” lub „banksterstwo”.
To media, ich język i powiązanie z korporacyjnymi, globalnymi rekinami kapitału doprowadziło dziś do opisywanej sytuacji. „Technopol” (a tym samym Internet) jest tu środkiem, rynkowa świadomość i myślenie – genezą. I nie chodzi o to by ludzie się nie śmiali, nie bawili, nie stosowali cyfrowych gadżetów i nie zanurzali się w informatyczno-cyfrowym, baśniowym oceanie. Chodzi o to aby wiedzieli po co to robią, żeby myśleli samodzielnie i nie poddawali się jednowymiarowości dzisiejszego świata (przed czym ostrzegał już Herbert Marcuse). Ale do tego jest potrzebna gruntowna, wielowymiarowa, powszechnie dostępna edukacja, nie nastawiona na zysk, zabawę, infantylizm i bezmyślną rozrywkę.

Ignorancja krzyżowca
2018-02-28 15:05:46
Dieu et mon droit * (fr.)

Ryszard I >Lwie serce<
(król angielski 1189-1199

Media poinformowały ostatnio o wydarzeniu, świadczącym o postępującym, religijnym nawiedzeniu osób kierujących polskim Ministerstwem Obrony Narodowej. Ta religiancka w swym wymiarze obsesja z jaką w różnych wymiarach życia mamy do czynienia w Polsce (czerpiąca życiodajne soki z serwilistycznego i oportunistycznego źródła a będąca przymilaniem się decydentów wobec instytucji Kościoła katolickiego) jest zarówno śmieszna i żałosna, zabawna i tragiczna, jest farsą i dramatem. A ponadto to kolejny – w sferze dyplomatycznej i międzynarodowej (zwłaszcza w świecie islamu, ponad 1,5 mld ludzi na świecie) – blamaż polskiej polityki zagranicznej. Ktoś kto podejmuje takie decyzje jest ślepy i absolutnie infantylny, ktoś kto na arenie międzynarodowej dokonuje takich wyborów (mających nie tylko wydźwięk lokalny, nadwiślański, polski, ale przede wszystkim szerszy, ponadregionalny, często globalny) absolutnie powinien być jak najdalej trzymany od polskiej polityki zagranicznej. Otóż zgodnie z tą informacją dowódca opolskiej 10. Opolskiej Brygady Logistycznej płk Szymon Lepiarz osobiście przetransportował do Afganistanu relikwie św. Jana Pawła II do polskich żołnierzy przebywających a tym środkowo-azjatyckim kraj. Tamtejszy kapelan będzie z nią odwiedzał wszystkie bazy wojskowe, w których stacjonują żołnierze polscy oraz innych sił koalicyjnych. Por. Zbigniew Kuźniar, oficer prasowy VII zmiany polskich żołnierzy, którzy od października przebywają w Afganistanie w ramach Resolute Support Mission mówi: „To niecodzienne wydarzenie ma miejsce po raz pierwszy w historii Polskiego Kontyngentu Wojskowego i ma na celu spotkanie z osobą, nauczaniem i świadectwem życia tego wielkiego Polaka w czasie Wielkiego Postu na ziemi afgańskiej”. W misji szkoleniowo-doradczej bierze aktualnie udział ok. 200 polskich żołnierzy rozsianych po placówkach zlokalizowanych na całym terytorium tego górzysto-pustynnego, środkowo-azjatyckiego kraju. Jednak wymiar tego groteskowego i budzącego kabaretowe skojarzenia wydarzenia, w obliczu wojny trwającej już blisko pół wieku i ortodoksyjno-purytańskiej, islamskiej tradycji Afganistanu oraz narracji talibów blednie i przybiera kształty tragicznego dramatu. Talibowie - zasadniczy trzon opozycji walczącej z interwencją Zachodu (w tym – z polskimi żołnierzami) która ma miejsce już ponad 15 lat - cały czas przedstawiają obecność obcych żołnierzy na ich ziemi jako nową krucjatę Zachodu przeciwko wyznawcom islamu, a żołnierzy koalicji jako nowych krzyżowców. Czy wymiar tego wydarzenia , tak radośnie i infantylnie przedstawianego, w jakimś sensie nie wpisuje się właśnie w taką narrację islamistów afgańskich ? A ponieważ zaordynowana aktualnie tzw. „polskość” tak uwielbia symbole, tak onanizuje się natrętnie propagowaną duchowością, tak celebruje swe cierpienia jednocześnie je sobie zadając (Maria Janion), tak irracjonalnie wierzy iż modlitwą tylko zbuduje się potęgę swojego kraju (Krzysztof Varga) dlatego ona (owa „polskość”) nie umie, nie potrafi, nie chce wyjść poza swoje ciasne i lokalne (de facto – folwarczne) myślenie o świecie, ludziach - innych ras, wierzeń religijnych, światopoglądów, języków, orientacji seksualnych (bo na temat seksu można myśleć, mówić i go praktykować jedynie „po katolicku”) itd. – o kulturach i cywilizacjach, ciągle aktualna pozostaje parafraza sentencji Sławomira Mrożka: „świat przeszkadza nam w życiu”.


*- Bóg i moje prawo
O koniu trojańskim raz jeszcze
2018-01-28 15:59:43
Każdy głupiec może wiedzieć.
Sedno – to rozumieć

Albert EINSTEIN

Czy >Polexit< jest możliwy ? Czy nadwiślański strateg i mag z Żoliborza (pociągający za wszystkie sznurki polskiej polityki od 2 lat) poprzez zaognianie do maksimum stosunków na linii Warszawa – Bruksela chce obniżyć do tego stopnia pro-unijne nastroje w narodzie, aby przeprowadzone w odpowiednim momencie referendum w sprawie wyjścia Polski z Unii (wzorem Wielkiej Brytanii) dało wynik pozytywny ? Pozytywny w perspektywie pisowskiego myślenia i takiej też mentalności.
Zdecydowana większość komentarzy i opinii w sieci wyraża pogląd, że to Kreml, złowrogi Putin i polakożercza Rosja (w różnych konfiguracjach jeśli chodzi o uzasadnienia i domysły) kierują tymi działaniami rządu poprzez wpływ na podświadomość JarKacza lub przez agenturę obecną masowo w gremiach PiS-u.
Powszechna w naszym kraju rusofobia jak również predylekcja lechickiego plemienia do spisków, konspiracji i roli sprawczej tajemnych mocy zdaje się sprzyjać takiemu poglądowi.
Teza ta racjonalnie jest to tylko po części prawdziwa (lub możliwa). Bo jeśli nawet takie zamysły leżały i leżą w umysłach elit kremlowskich to wykreowanie zwycięstwa PiS-u w demokratycznych wyborach przekracza możliwości nawet tak demonizowanej u nas Rosji. Piętrowy makiawelizm przypisywany tym elitom jest po prostu niedorzeczny i irracjonalny. Bo taki trend, prawicowo-skrętny, konserwatywno-antyliberalny i anty-modernistyczny jest obserwowany na całym świecie. Rosja i Putin demiurgiem polityki światowej ? Przy problemach wewnętrznych, wielorakich, Rosji o których m.in. piszą ci sami komentatorzy którzy tak łatwo prezentują jednocześnie lichość tego państwa, słabość jego struktur i gospodarki, brak więzi społecznych (wieszcząc wręcz niechybny, już jutro, upadek tego kraju) jest to po prostu niemożliwe. A tacy komentatorzy wystawiają sobie co najmniej opinię niewiarygodnych krętaczy lub infantylnych pseudo-znawców tematu.
Owszem, ten trend przyjęty – o ile prawdziwe są przytoczone tu (i nie tylko) zamiary JarKacza i jego drużyny – przez polską politykę zagraniczną w jakimś aspekcie (krótkofalowym) może być korzystny dla Rosji, ale nie to jest generatorem oraz siłą sprawczą pisowskiego działania. Ta zbieżność jest faktem, ale ocena mechanizmów i dalekosiężnych zamiarów - ze wszech miar błędna.
Wystarczy przeczytać wywiad jaki udzielił FRONDZIE poseł PiS, główny specjalista Krajowej Kasy SKOK, jeden z głównych analityków gospodarczych tej partii, Janusz Szewczak. Snuje on rzeczywiście przewidywania wojny ekonomicznej z głównymi państwami Unii – Francją i Niemcami (zakładając całkowite wdrożenie art. 7 traktatu o UE) co spowoduje takie zniechęcenie do Brukseli i Unii, że społeczeństwo w referendum łatwo by jego zdaniem poparło wówczas >Polexit<.
Alternatywą jest jego zdaniem ścisła więź gospodarcza i kompatybilność Polski, jej interesów, w całości realizowanej polityki z …… interesami USA. Ten trend i zamysły tkwią moim zdaniem zasadniczo w zamiarach pisowskiej strategii i polityki, przewidywanej na lata. I chodzi o Polskę rządzoną przez zdecydowanie pro-amerykańską – i to w wersji neo-kons - asocjację (nawet po politycznej śmierci PiS-u jest to wielce prawdopodobne z racji kultu jakim cieszy się w polskim społeczeństwie Wuj Sam). Układa się to też w logiczną całość: zacieśnianie więzów wojskowych, zamówienia wyłącznie nastawione na firmy amerykańskie, gospodarcze umizgi do korporacji i banków zza oceanu itd. Zresztą Polska już nazywana była swego czasu – podczas nieszczęsnej interwencji w Iraku (rząd Leszka Milera) – amerykańskim, „koniem trojańskim” w Europie. Ten serwilizm, ta nieuzasadniona platoniczna miłość Polaków do Ameryki, ta uległość i prowadzenie polityki w oparciu o mity, wishfull thinking i irracjonalne przeświadczenie o jakiejś symetrii stosunków na linii Warszawa – Waszyngton ma długą tradycję.
Stanom Zjednoczonym AP, zwłaszcza rządzonym przez Donalda Trumpa (JarKacza w globalnym, amerykańsko-unilaterlalnym i ultra-neoliberalnym wydaniu), zależy na Polsce o tyle na ile zabezpiecza ona ich interesy, tu w Europie Środkowo-wschodniej: z jednej strony ma „szczypać” Rosję tworząc przez swoją politykę napięcie i formę zimnej wojny w tej części Starego Kontynentu, a z drugiej – ważniejszym zadaniem postawionym „przyjacielowi znad Wisły”, jest osłabienie i doprowadzenie (przy najkorzystniejszym zbiegu okoliczności) do rozbicia Unii Europejskiej. W perspektywie jednoczenia i scalania w jeden homogeniczny organizm polityczno-gospodarczy Unia stanowi zagrożenie dla gospodarki i roli USA. Jako zsynchronizowana w jeden organizm struktura polityczno-gospodarcza będzie konkurentem nie do pokonania (ze swoim potencjałem mierzonym w wielu wymiarach) niosąc sobą przy tym określone przesłanie w wymiarze mentalnym, duchowym i wolnościowym. A gdyby jeszcze taka Unia znormalizowała stosunki z Rosją na zasadzie luźnego, partnerskiego związku (na ten temat wyrażali się tak różni politycy i komentatorzy jak Karaganow, Rifkin, Verheugen, Attali itd.) tworząc wspólną przestrzeń od Lizbony po Kamczatkę taki twór byłby hiper-hegemonem w wymiarze świata.
Tym, którzy przywołają krytykę płynącą zza oceanu wobec kursu jaki przyjął rząd PiS-u wobec sądownictwa, mediów, nie liczenia się z opozycją itd. odpowiem od razu przykładem Hondurasu (na pewno, z racji położenia, równie jak Polska ważny sojusznik i przyjaciel Waszyngtonu). Od kilku lat ten środkowo-amerykański kraj targany jest przez zamieszki i konflikty na tle ograniczeń w demokracji (panuje tam de factodemokratura” zaprowadzona i utrzymywana przy poparciu Waszyngtonu). Znów, po kolejnej farsie wyborów prezydenckich na ulicach Tegucigalpy dochodzi do demonstracji, masowych protestów, a wojsko strzela do ludzi. I co – i nic…….. Sekretariat Stanu ubolewa nad śmiercią ludzi protestujących na ulicach stolicy Hondurasu lecz mimo, iż taka sytuacja powtarza się regularnie po każdych wyborach nie odcina się od takiej formy sprawowania władzy przez swoich sojuszników.
Trzeba sobie zdać sprawę, że jakość stosunków polsko-amerykańskich zależy tylko od interesu jednej ze stron. Prawienie o jakiejś przyjaźni (w tym historycznej) między krajem nad Wisłą, a USA jest tylko mitologiczną mrzonką” (Ludwik Stomma). Jakich wiele w szafie polskiego imaginarium.
A że w jakimś wycinku geopolityki, którą uprawiają światowi gracze, interesy rządzącej ekipy PiS-u mogą być kompatybilne z zamierzeniami tak Waszyngtonu jak i Moskwy to nic nie szkodzi. Wystarczy zdjąć „różowe okulary” wańkowiczowskiego „chciejstwa” i przestać komentować tę dziedzinę ludzkiej działalności z perspektywy ropucha z bajki Braci Grimm („ropuch ma zawsze ropuszą wizję piękna”). Wizję piękna i taką też perspektywę patrzenia na świat.


Na Nowy Rok 2018: desolidaryzować, nie dekomunizować.
2018-01-01 13:10:29
Mit polega na przedstawieniu kultury i natury
w taki sposób aby wytwory społeczne, ideologiczne, historyczne, materialne itd.
oraz powiązane z nimi bezpośrednio powikłania
moralno-etyczne, estetyczne i wyobrażenia, były rozumiane jako >powstałe same z siebie< lub w wyniku interwencji Opatrzności,
sił wyższych, poza-racjonalnych.

Ludwik STOMMA

Idąc tym tropem myślenia (za cytowanym Stommą) mit zdejmuje z wyznawcy odpowiedzialność za wybory, decyzje, postawy. To bardzo wygodna i psychologicznie uprawniona pozycja. Wiedzie wprost do infantylizmu, dziecinności, niedojrzałości. Czas dzieciństwa jest zazwyczaj miło i słodko wspominany. Dlaczego demitologizacja zawsze tak bardzo boli i tak trudno z mitem się rozstać, tak jest to niełatwe dla człowieka owładniętego mitomanią i mistycyzmem ? Te elementy spotykamy w micie >Solidarności< funkcjonującym cały czas w polskiej narracji. Można je tym samym zadekretować jako „głos opinii publicznej”, „dobre prawo”, „odwieczne wartości”, „normalne stosunku społeczne”, „chwalebne zasady” czyli jednym słowem – rzeczy wrodzone, dane od siły poza- ziemskiej. Mit jest też formą przekazu wykładni dziejów czy interpretacji układów społecznych opartej najczęściej na chwytliwej formule, iż jest to jedyna, niepodważalna i oczywista prawda. Jest rodzajem świadomości społecznej obecnym we wszystkich społecznościach narodowych, obywatelskich, plemiennych czy klanowych.
W Polsce dekomunizacja de facto rozpoczęła się w 1956 roku i powoli acz systematycznie odbywała się jako odchodzenie od totalitaryzmu stalinowskiego. Polsce – patrząc na jakość polityki i polityków obozu prawicy polskiej rządzącego faktycznie naszym krajem od 2005 roku (a w sferze medialnej i publicznej narracji od lat trzydziestu bez mała) – potrzebna jest „desolidaryzacja”. No, chyba, że tę formację określaną mianem POPiS-u zakwalifikujemy jako ostatni relikt tzw. komunizmu (posługując się retoryką tak powszechną w tym obozie). Nota bene – obie główne partie nadwiślańskiej prawicy są klonami niesławnej pamięci Akcji Wyborczej >Solidarność< ! Czyli pojęcie „desolidaryzacji” - utożsamione z dekomunizacją - jest w takim układzie jak najbardziej zasadne.
Prawica rządzi niepodzielnie naszym krajem od ponad 12 lat. Wielokrotnie podawano i przedstawiano przyczyny – opisując ów fenomen różnorodnie – dlaczego winno się mówić o jednolitości genetycznej całej tej formacji, tzw. POPiS-ie. Nikt po trzech dekadach szaleństw reprezentantów obozu „panny S” nie odważył się jeszcze powiedzieć, że trzeba „desolidaryzować” Polskę. PiS to dopiero robi, choć bezwiednie. On „desolidaryzuje” kraj obdzierając go ostatecznie z mitu stworzonego i kultywowanego przez demo-liberalną inteligencję oraz elity z niej wyłonione, które przez owe trzy bez mała dekady go podtrzymywały, prezentowały jako utożsamienie z dobrem absolutnym, ogrodem Hesperyd, Edenem, rajem, krynicą szczęśliwości, wolności i demokracji.
Prof. Jan Szczepański, socjolog i myśliciel, zauważył przed 40 ponad laty, że „Polityka w Polsce ciągle rozgrywa się w sferze emocji i ciągle sądzimy, iż rozwój kraju zależy od postaw patriotycznych, zaangażowania, oddania sprawie, ofiarności etc. i ciągle w wychowaniu i propagandzie kładziemy nacisk na emocje. Jest to z jednej strony nieefektywne, gdyż ludzie żyjący w podnieceniu emocjonalnym zużywają się znacznie szybciej, emocje często przeradzają się w przeciwieństwa, trwają krótko. A zatem jako metoda sterowania długofalowym wynikiem jest nieskuteczna. Z drugiej strony jest to igranie z ogniem, gdyż pobudzenia emocjonalne mogą zawsze przynieść niespodziewane skutki”. Czy coś się w tej mierze zmieniło ? Jeśli tak, to na gorsze.
Mit >Solidarności< i jej legenda trwają po dziś dzień mimo, iż rzeczywistość nie ma zbyt wiele wspólnego z nadziejami, dążeniami i wizjami głównych – takimi przecież mieli być – beneficjentów tej rewolucji: „klasy robotniczej, ludu pracującego miast i wsi oraz inteligencji pracującej”. Wystarczy przeanalizować 21 postulatów ze słynnej tablicy wywieszonej na bramie Stoczni Gdańskiej im. W.I.Lenina. Kolejne hybrydy polityczne odwołujące się do tradycji, mitu, legendy itd. tamtego Związku Zawodowego, zawłaszczyły tak dalece polskie państwo, że jest ono współcześnie niepotrzebnym dodatkiem do partii jedynie-słusznych gdyż wywodzących się z owej tradycji. Doskonale ten proces opisuje amerykański socjolog i politolog David Ost w „KLĘSCE SOLIDARNOŚCI”. Stąd ukształtowała się, na bazie tego szkodliwie propagowanego mitu, pseudo-historyczna mentalność i takie też rozumienie dziejów Polski, polityki, zagadnień społecznych, racji stanu, wyborów itd.
Degrengoladę zabetonowania życia publicznego i wynikającego stąd widzenia świata oraz procesów społecznych w nim przebiegających – wedle zasad prawicowo-neoliberalnych lub ultra-prawicowo-soc-narodowych – oddaje właśnie termin POPiS. Dramat tej schizofrenicznej sytuacji w jaką popadły nasze społeczeństwo i państwo, widać dziś jak na dłoni. Istotę nadziei oraz źródła sierpniowych protestów sprowadzono do legend, mitów, antykomunistycznych i prawicowych fatamorgan, wypełniających obficie zakamarki polskiej świadomości i funkcjonujących bujnie w nadwiślańskim imaginarium. Symbole, mity, fantasmagorie i miraże „pożarły rzeczywistość” (prof. Bronisław Łagowski).
PiS swą polityką i narracją demitologizuje idealistyczną, nierealną i „chciejską” wizję, nie przystającą do tzw. „polskości”, tzw. demo-liberałów (środowisko Unii Wolności i jej klony) będąc spadkobiercą >Solidarności< czy tego chce czy nie. Nie tylko w swej retoryce i klerykalizmie, zwierzęcym antykomunizmie i anty-peerelizmie. Także w mitomanii i różnej formie fobii, fumów czy uprzedzeń rodem z XIX wieku, nacjonalistycznym patriotyzmie, płytkiej i manifestacyjnej pobożności, dewocji i związanej z tym masowej hipokryzji.
Ale i opozycja „platformiano-(niby) nowoczesna” , prawiąca o sobie jako dziedzicu tradycji >S<, też jest taka sama. Piszę (niby) nowoczesna, bo wyraźnie widać, iż Partia Ryszarda Petru (bez względu kto nią kieruje pozostanie wizerunkowo związana z określonym środowiskiem które reprezentował jej niedawny lider) to klon Platformy Obywatelskiej: w mentalności, w sposobie patrzenia na świat, w neoliberalnym skostnieniu i dogmatycznym, księgowo-banksterskim widzeniu rzeczywistości oraz ludzi. To jest ten nurt w >Solidarności< jaki ujawnił się po 1989 w rządach Tadeusza Mazowieckiego, Jan Krzysztofa Bieleckiego, Jerzego Buzka, Donalda Tuska (a którego guru i jedynym spoiwem – oraz niepodważalnym bożkiem dla klakierującego takim rozwiązaniom mainstreamu – była osoba Leszka Balcerowicza). To również rozwiązania proponowane w rządach SLD (głównie Leszka Milera i Marka Belki), gdzie nazwisko Balcerowicza nie padało, ale wiele koncepcji było wypisz wymaluj przedłużeniem jego ultra-neoliberalnych koncepcji (tylko lekko przypudrowanych).
Do dekomunizacji nadaje się przede wszystkim sama >Solidarność< oraz te „przyległości” mentalne, klony tego etosu tak dalece prawoskrętne, iż o zasadniczej genezie protestów sierpniowych dawno zapomniały lub nawet nie myślały, gdyż zawsze gardziły „robolami”, „komuchami”, „lewakami”, inaczej myślącymi i postrzegającymi świat, zaś tolerancja, wolność, demokracja i pluralizm były dla nich tylko nic nie znaczącymi hasłami. Wraz z mitem jaki trwa w nadwiślańskiej narracji.
Dwa bloki polityczno-społecznego starcia w schyłkowym PRL-u były dzieckiem tamtego autorytarnego i anty-pluralistycznego systemu. >Solidarność< tak jak jej alter-ego – czyli PZPR – musiała zawierać te same odcienie polskiej mentalności poczynając od: sympatii komunistycznych czy anarcho-syndykalistycznych, przez dyskretny socjalizm „z ludzką twarzą”, liberalną demokrację typu chadecji, endekoidalne ryty wszystkich odcieni, szowinistyczno-nacjonalistyczną prawicę, elementy faszyzujące i jawnie totalitarne. Tych co zaprotestują, grzęznąc nadal w mitach, fatamorganach i idealistycznych halucynacjach, zapytam tylko: po czyjej stronie w epoce Okrągłego Stołu byli - Andrzej Kryże, Wojciech Jasiński, Stanisław Piotrowicz, Kazimierz Kik, Marek Król, Marcin Święcicki (neoliberalizm jest też prawicą) ?
Estetyka totalnej kontestacji i redukcja wszystkiego do sfery politycznej, korzystnej wyłącznie dla swoich utylitarnie pojmowanych korzyści bądź efektów ekipy akurat rządzącej, widzącej świat ze swej subiektywno-klanowej perspektywy (kłania się ropuch z bajki Braci Grimmów mający wizję piękna „wyłącznie ropuszą”) dziś wraca do elit i mainstreamu pisowsko-postsolidarnościowym bumerangiem skłaniając obserwatora do opinii, iż jest to nieuleczalny, wrodzony polskiej prawicy chorobotwórczy gen destrukcji, dewastacji i samozagłady.
Zamiast więc mnożyć – nie patrząc z której strony padają owe propozycje – kolejne mutacje lustracji, dekomunizacji, ostracyzmu wobec PRL-u oraz ludzi aktywnie i czynnie uczestniczących w budowie Polski (która jest zawsze jedna) przywróćmy nasz kraj normalności i cywilizowanym formom funkcjonowania: zacznijmy od demitologizacji >Solidarności< utożsamionej dziś przez działanie POPiS-u z polskim nierządem i upadkiem (niczym w XVIII wieku, epoce poprzedzającej rozbiory które stanowiły clou bankructwa we wszystkich płaszczyznach życia publicznego I RP) czyli "desolidaryzacji" będącej de facto ostatnią fazą, zaczętą w 1956 roku, de-komunizacji.



Czy warto było ?
2017-12-01 10:30:05
Latem tego roku przez Polskę przetoczyła się potężna fala protestów (głównie miało to miejsce w dużych miastach, choć i mniejsze ośrodki też były tego świadkiem), organizowanych spontanicznie, ale i przez ośrodki opozycyjne wobec Prawa i Sprawiedliwości przeciwko jego pomysłom na reformę sądownictwa. Ta reforma w zamysłach rządzącej Partii ma podporządkować jurysdykcję ośrodkowi władzy wykonawczej. Protest był też aktem solidarności z szefową Sądu Najwyższego prof. Małgorzatą Gersdorf, która stała się niejako symbolem oporu wobec takich zabiegów władzy. Dziś widzimy, że ta „epidemia euforii” i atmosfera wspólnoty, solidarności oraz pewnej komunii wszystkich ludzi „dobrej woli” była humbukiem, kolejnym „ciemnym zaułkiem” w który wpuszczono najaktywniejszą część tego społeczeństwa. Możemy się wszyscy dziś czuć jak imć Pan Zagłoba, herbu Wczele, w obozie pod Ujściem, gdy Wielkopolanie pod wodzą Krzysztofa Opalińskiego skapitulowali przed Szwedami ([patrz]: "Potop", H. Sienkiewicza i adaptacja filmowa powieści zrealizowana przez Jerzego Hoffmana).

Epidemia, epidemia, epidemia euforii, euforii.
(….) Wszystko śmieszy, śmieszne tłumy,
Lud odchodzi od rozumu, krzywe lustra,
zwierciadełka, epidemia, epidemia.
Lecą z oczu łezki śmieszki, lecą łezki
makabreski, uciechy bardzo wiele, śmiechu
istny szał, nikt, nikt nie płacze, kto by zresztą śmiał.

Marek AŁASZEWSKI / Marek SKOLARSKI, zespół KLAN

Projekty prezydenta Andrzeja Dudy dotyczące Krajowej Rady Sądownictwa i Sądu Najwyższego nie powinny być przyjęte - ocenił Rzecznik Praw Obywatelskich. Adam Bodnar zarzuca wielu znajdującym się w nich zapisom niekonstytucyjność. W piśmie do prezydenta RP Adam Bodnar podkreślił, że projekt nowej ustawy o Sądzie Najwyższym "nie gwarantuje zachowania odrębności i niezależności władzy sądowniczej od władzy wykonawczej, skoro to władza wykonawcza w okresie przejściowym w niczym nieograniczony sposób będzie decydowała o obsadzie kadrowej SN i jego ścisłym kierownictwie". RPO uznał też, że proponowana skarga nadzwyczajna rodzi "realne niebezpieczeństwo naruszenia praw osób, które w zaufaniu do systemu prawnego uzyskały w przeszłości prawomocne i ostateczne rozstrzygnięcie w swojej sprawie".
Swój projekt zmian w sądownictwie wniosła też prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf. Wpisuje się on w całokształt sposobu myślenia rządzącego niepodzielnie Prawa i Sprawiedliwości o jurysprudencji, jej tzw. reformie a de facto jest to podporządkowanie zupełne sądownictwa władzy wykonawczej (bo jak z tym było do tej pory – doskonale wiemy). Dokument prof. Gersdorf został skierowany do prezydenta, marszałków Sejmu i Senatu, a także szefów klubów parlamentarnych. Wg niej ma on wychodzić naprzeciw nie tylko oczekiwaniom społecznym, ale również programowi wyborczemu partii rządzącej i postulatom formułowanym przez prezydenta.
Abstrahując od wszelkich argumentów, pomijając uzasadnienia odnoszonych do potrzeby zmian w tej dziedzinie życia naszego kraju (jak najbardziej słuszne) gesty oraz postawa Pani Profesor, w tej sytuacji politycznej i atmosferze czynionej przez rządzący obóz, są wysoce niestosowne. Potwierdzają to po wielokroć użyte przez nią tłumaczenia (podczas wywiadu w Radiu ZET z Konradem Piaseckim) odnoszone do lipcowych wydarzeń pod gmachem Sądu Najwyższego. Żenada !
Tych tzw. wpadek wizerunkowych i konstytucyjnych faux pas popełnionych przez Prezes Sądu Najwyższego jest jak widać wiele. We wrześniu nieoczekiwanie pojawiła się w Pałacu Prezydenckim na ceremonii nominacji dublera z nominacji PiS do Trybunału Konstytucyjnego. Wywołała tym wiele krytycznych komentarzy. "Każdemu zdarzają się kroki podjęte bezrefleksyjnie..." – tłumaczyła się potem Pani Profesor.
Według wspomnianego projektu Małgorzaty Gersdorf ławnicy byliby wybierani "spośród kandydatów wyróżniających się wiedzą prawniczą i zgłaszanych przez organizacje liczące co najmniej 10.000 osób, w tym stowarzyszenia, przedstawicieli pracowników, pracodawców, grupę obywateli, ale także Kościół Katolicki oraz inne Kościoły i związki wyznaniowe w Polsce, jako depozytariuszy tradycyjnych wartości chrześcijańskich wyznaczających ustrojową treść wielu zasad zawartych w Konstytucji Rzeczpospolitej Polski". Te stwierdzenia (jak i moment złożenia projektu) wywołały konsternację i oburzenie w wielu środowiskach i u znawców tematyki.
Zastanawiam się, po jaką cholerę chodziłem w lipcu ze świeczką pod Sąd Najwyższy ?” – pyta Piotr Rachtan, działacz społeczny i organizator protestów, w tym kontekście. Takie pytanie nurtuje zapewne wielu uczestników lipcowych manifestacji w obronie sądownictwa, SN itp.
Przywoływany Piotr Rachtan negatywnie ocenia pomysł klerykalizacji wymiaru sprawiedliwości. Jurysprudencja w Polsce ma być kolejną instytucją publiczną (po oświacie), w której zobaczyć będziemy mogli osoby duchowne. Ponurym żartem – mówi on – jest to, że „oszczędzimy przynajmniej na togach".
Innymi słowy księża rzymskokatoliccy i duchowni mniejszościowych wyznań chrześcijańskich, jako grupa trzymająca wartości religijne, mieliby wpływać na wyroki polskich sądów. Z tego wpływu byliby już jednak wykluczeni kapłani religii niechrześcijańskich. Tak można domniemywać z przytoczonego zapisu.
I jak tu nie mówić, pisać, tłumaczyć, że to intelektualne elity naszego kraju, créme de la créme ustroju demokratycznego i wolności w III RP, clou demo-liberalnego porządku, swoimi postawami, etyką i brakiem klasy sprzyjały i sprzyjają cały czas, temu z czym mamy współcześnie do czynienia. Manus manum lavat (*) – Epicham z Syrakuz.
Na takie dictum przychodzą słowa Cypriana Kamila Norwida z wiersza „Marionetki” (nomen omen) :
Jak się nie nudzić na scenie tak małej
Tak nie mistrzowsko zrobionej
Gdzie wszystkie wszystkich Ideały grały
A teatr życiem płacony
Doprawdy, nie wiem, jak tu chwilę dobić
Nudy mię biorą najszczersze;
co by tu na to, proszę Pani, zrobić
Czy pisać prozę, czy wiersze ?
Czy nic nie pisać... tylko w słońca blasku
Siąść czytać romans ciekawy:
co pisał Potop na ziarneczkach piasku
Pewno dla ludzkiej zabawy (!)
Lub jeszcze lepiej - znam dzielniejszy sposób
Przeciw tej nudzie przeklętej:
zapomnieć ludzi, a bywać u osób
- Krawat mieć ślicznie, ślicznie zapięty...!


(*) – ręka rękę myje
Rozważania o Karcie Praw Podstawowych
2017-11-13 11:48:59
Czy można pogodzić koszary z demokracją ?
Witold GOMBROWICZ

O międzynarodowych kompromitacjach polskiego rządu mówi głośno zarówno tzw. opozycja jak i medialny mainstream z nią związany. Nasz kraj w wyniku owych dyplomatycznych gaf, pospolitych wpadek i zwyczajnego zapyzienia intelektualnego rządzących stawia się na peryferiach Unii Europejskiej i cywilizowanego świata. Sądzę, że polska peryferyjność, zdystansowanie od zasadniczego trzonu czy jądra europejskiej wspólnoty – jak dziś się mówi „Europy pierwszej prędkości” – ma przyczyny w dwóch zasadniczych elementach mających miejsce od dawna, jeszcze sprzed czasu rządów Prawa i Sprawiedliwości (choć o tym tak jawnie i zdecydowanie wówczas nie mówiono z racji mimo wszystko pro-brukselskiego – w wielu przestrzeniach polityki europejskiej - stanowiska elit rządzących ówczesną Polską): to nie przyjęcie do tej pory euro (i postawienie się tym samym poza obrębem tzw. „euro zony”) oraz nie podpisanie przez nasz kraj tzw. Karty Praw Podstawowych. W tym drugim wypadku staliśmy się jednym z nielicznych państw-członków Unii, które tego zasadniczego dokumentu nie podpisały (oprócz nas to: Wielka Brytania – która dziś opuszcza wspólnotę i zawsze była przy „Europie”, nie w „Europie” – i mocno eurosceptyczne Czechy).
I nikt dziś – deklarujące swój pro-społeczny wizerunek Prawo i Sprawiedliwość oraz tzw. liberalna Platforma Obywatelska wraz z PSL-em – nad Wisłą i Odrą nie mówi, nie wspomina, o potrzebie podpisania przez nasz kraj Karty Praw Podstawowych. O „kukizowcach” nie mówię bo po cóż …… Ciszej nad tą (intelektualną) trumną.
To bardzo ważny dokument europejskiej tożsamości i jurysprudencji. Clou europejskości”. Karta Praw Podstawowych składa się z preambuły oraz 54 artykułów rozdzielonych między 7 rozdziałów. Są to grupy artykułów zajmujących się następującymi zagadnieniami jak: godność człowieka (art. 1–5), jego wolność (art.6-19), sprawy zahaczające o równość (art. 20-26), solidarność (art. 27-38), prawa obywatelskie (art. 39-46), o prawidłowe funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości (art. 47-50). Paragrafy 51-54 to postanowienia końcowe.
Że ultra-konserwatywna tzw. Zjednoczona Prawica Polska (z wiodącą rolą hiper - zachowawczego PiS-u) pozostaje - od wielu dekad (by nie rzec od ponad wieku bo taka jest tradycja tej formacji w Polsce) - na zatęchło-tradycjonalistycznych pozycjach mentalnych i w intelektualnym zaścianku modernizmu trudno się dziwić. Bo przecież w wielu punktach Karta Praw Podstawowych przeczy temu przaśnemu, topornemu i XIX-wiecznemu rozumieniu współczesnej rzeczywistości hołodowanemu przez dzisiejszych epigonów endecji. Lecz gdy podobne milczenie, bojaźń czy wręcz niechęć, nawet co do dyskusji na temat ewentualnego przyjęcia Karty wykazuje -podobno pro-europejska, cywilizowana, demo-liberalna - Platforma Obywatelska (oraz jej sobowtór - .nowoczesna.pl) zdziwienie, zaskoczenie i niesmak mogą być gigantyczne. Niczym Himalaje. Choć tylko w pierwszej chwili.
Bo teza o trwającym i trawiącym Polskę POPiS-ie - właśnie w tak rudymentarnych kwestiach jak np. parafowanie przez Polskę Karty Praw Podstawowych i zasadach w niej zapisanych - ma się całkiem dobrze. I jak w takim wypadku po raz któryś z rzędu nie mówić – moi drodzy oponenci („Dlaczego jestem symetrystą” – PRZEGLĄD nr 42/928/ z dn. 16-22.10.2017) - o jedności nie tylko politycznego pochodzenia obu partii, ale przede wszystkim o sposobie myślenia i mentalności reprezentantów tych obu klonów niesławnego AWS-u, betonujących de facto prawicowo-konserwatywnymi miazmatami (choć z różnym natężeniem i formą) nadwiślańską scenę publiczną.

Demo-liberalne zidiocenie
2017-10-18 09:20:15
Świat stworzony przez neoliberalizm
wykroczył poza koszmar Georga Orwella.

John PILGER

Demo-liberalny mainstream rządzący światem Zachodu – a de facto: neoliberalny (co związane jest z określoną świadomością i spojrzeniem na świat) - znów daje powody do oskarżenia o bezradność, impotencję intelektualną, niekonsekwencję, stronniczość, śmieszność i obciach. Chodzi o to wszystko co dzieje się wokół referendum niepodległościowego w Katalonii i tego co stało się po nim.
Neoliberalizm elit Zachodu to słupki, konta, banksterskie uzgodnienia gabinetowe, oszczędności narzucane maluczkim oraz słabszym i gratyfikacje dla możnej, wąskiej elity. To polityczna korupcja i przenikanie światów biznesu i polityki (wzburzenie – zasadne – nad posadą Gerharda Schroedera w Rosnieftcie, ale cisza nad „sprostytuowaniem się” Jose Manuela Barroso posadą w Goldman Sachs czy kompletne pomieszanie w tej materii przy osobie Dicka Cheneya – Halliburton/Biały Dom za rządów G.Busha jr.). To również „słynna trojka” gnębiąca „krwawiące od długów” społeczeństwo Grecji, a przymykająca oczy na machinacje finansowe greckiej elity zarabiającej na owym kryzysie. W polu widzenia tych elit są wyłącznie hossy, bessy, PKB, słupki i wykresy, wskaźniki i zyski…….. Reszta to mało istotne zagadnienia. Dlatego Unia Europejska, ten wspaniały pomysł na Stary Kontynent, na jego nową jakość i świetlaną przyszłość umiera powoli acz systematycznie pod rządami neoliberalnych technokratów, których nic a nic nie obchodzi poza-ekonomiczna, poza-bankowa i poza-zyskowna sfera, będące dla Brukseli niczym „horyzont zdarzeń”.

Ad rem: nie oceniam, kto ma rację, po czyjej stronie leży tzw. prawda. Przypominam jedynie fakty i postawy, wypowiedzi i decyzje w podobnych sytuacjach, które świadczą o owej niekonsekwencji i zidioceniu elit rządzących Unią.

Referendum niepodległościowe w Katalonii jest zarówno z punktu widzenia Madrytu jak i zachodniego mainstreamu, który zachowując swoiste milczenie i bezruch decyzyjny w zasadzie opowiada się po stronie rządu Mariano Rajoya (choć sprawa dotyczy całej Unii Europejskiej i stanowiska Brukseli w tej mierze należałoby się spodziewać, choćby w postaci mediacji między Barceloną, a Madrytem) jest aktem nielegalnym, godzącym w spójność państwową Hiszpanii, ważnego i liczącego się członka Unii Europejskiej. Ale kiedy podobny akt miał miejsce w Kosowie, wówczas integralnej części jako region autonomiczny Serbii, europejskie elity przyklaskiwały i admirowały działania Kosowarów (odbyły się tam dwukrotnie wybory prezydenckie, został nim Ibrahim Rugova - czy ktoś pamięta poza Albanią o tym przywódcy Kosowarów inicjującym ruch na rzecz niepodległości Kosowa - oraz referendum w sprawie niepodległości). Te akty wyborcze z kolei Belgrad – podobnie jak dziś Madryt – uznał za nielegalne.
Zachodni mainstream chciał by „kosowski wypadek przy pracy” potraktować jako wyjątek, ale jest to precedens zmiany granic w Europie poza wynegocjowanymi układami po upadku Muru Berlińskiego, na który powołują się i będą się powoływać liczni naśladowcy Ibrahima Rugovy (rozpad Związku Radzieckiego i Jugosławii miał postępować według granic republikańskich, a Kosowo nie było republiką związkową). Podobnie jak Czeczenia, Naddniestrze, południowa Osetia, Abchazja czy Adżaria. Inicjacja i poparcie takich procesów musiało się odbić (i odbija co widać) nie tylko w tej „gorszej” bo Środkowo-wschodniej części Starego Kontynentu, echem: Katalonia,, Szkocja, a w kolejce: Walia, Bawaria, Flandria, Walonia, Lombardia, Baskonia itd.
Referendum w Kosowie i fala przemocy jaka rozlała się w regionie (terroryzm UҪK) stało się podstawą dla późniejszych interwencji siłowych (ze strony Belgradu wobec Albańczyków z Kosowa) jak i militarnej w obronie prześladowanych zdaniem Zachodu Kosowarów (NATO vs Nowa Jugosławia).
Z kolei referendum na Krymie będącego od 1958 roku częścią Ukrainy (paternalistyczny gest Nikity Chruszczowa), idące w analogicznym kierunku (choć inspirowane przez Rosję), zostało uznane przez demo-liberalny mainstream zachodni za nielegalne i manipulowane przez Kreml (słynne „zielone ludziki”). Zaś ingerencja Albanii, inspirującej logistycznie, medialnie, finansowo i przede wszystkim – militarnie rodaków z Kosowa (UҪK – czyli Armia Wyzwolenia Kosowa swe bazy miała w Albanii, a górskie tereny pogranicza sprzyjały infiltracji zbrojnych grup na tereny Kosowa, Metohiji czy regionu Preševo-Bujanovač-Medveđa), nie stanowiła zdaniem Zachodu przeszkody w poparciu Kosowarów.
Uznanie ponad 9 lat temu przez międzynarodową opinię publiczną – głównie chodzi o Zachód - niepodległości Kosowa (a wcześniej – apologetyka i inspirowanie albańskiej irredenty) jest więcej niż błędem polityków Unii Europejskiej, świadczącym o ignorancji, krótkowzroczności i politycznej ślepocie.
Więc może lepiej i uczciwiej mówmy jawnie o interesach, o biznesie i wpływach, a nie o demokracji, wolności, prawach człowieka, bo tą hipokryzją deprecjonuje się te uniwersalne i wzniosłe idee, sprowadzając je do magla, nic nie znaczących utylitarnie stosowanych idei i retorycznej, pustej manifestacji. Bo jak mówi w jednej z ostatnich sekwencji kultowego filmu „Vabank I” kasiarz Kwinto (Jan Machulski); „lepiej jest kraść jako złodziej niż par excellence jako dyrektor prezes czy sekretarz. Tak jest po prostu uczciwej”.
To co pokazywały telewizje światowe z zajść na terenie Katalonii, w związku z referendum - akcja policji i Guardia Civil - do złudzenia przypomina właśnie początek kryzysu w Kosowie. Neoliberalna prawica, która jest de facto konserwatywna - mówię teraz o Zachodzie, gdyż na Bałkanach czy Wschodzie Europy mimo wszystko funkcjonuje inna świadomość, mamy do czynienia z inną mentalnością i kulturą (inną – nie znaczy GORSZĄ) – zamiast rozmawiać, debatować, proponować poszerzanie autonomii (bo państwo w XIX-wiecznym wydaniu to „martwy trup” dzięki właśnie neoliberalnemu wymiarowi globalizacji) koniec końców postępuje tak jak mogliśmy to widzieć na ekranach TV w ostatni weekend.
Dramat interesuje nas nie dlatego, że ilustruje naturę ludzką, ale głównie na sytuację. A dopiero później ze względu na uczucie tych których dotyczy”. (Arystoteles).
Powrót Średniowiecza
2017-09-28 07:30:06
Ciemny lud to kupi
Jacek KURSKI

W sieci pojawiła się wiadomość, ochoczo podchwycona przez szerokie grono komentujących, wyśmiewających ten fakt i szydzących z niego internautów, iż oto na rynku, a także w sprzedaży internetowej (allegro), pojawiła się pakowana w woreczki ziemia po której stąpał Jarosław Kaczyński. Cieszy się ów amulet, niczym relikwia, sporym zainteresowaniem wyznawców kultu (których jest nie mało w naszym kraju) Prezesa PiS-u. Temu zjawisku poświecił nawet swoją kąśliwą uwagę – w żartobliwie kpiarskim tonie - znany aktor i celebryta Wiktor Zborowski.
Inteligenckie i mainstreamowe, anty-pisowskie kręgi polskiego społeczeństwa dworują sobie i naśmiewają się z ciemnoty PiS-owskich wyznawców. Tu trzeba przypomnieć jednakże o roli „religii smoleńskiej” w kształtowaniu takich postaw i mentalności (i jednocześnie wspomnieć o zasadzie sprzężenia zwrotnego), która ma wszelkie cechy ruchu para-religijnego, sekciarskiego w ramach Kościoła katolickiego w Polsce i swoistej – z punktu widzenia zasadniczych kanonów teologicznych katolicyzmu – herezji. Otóż wspomniane kręgi inteligentów, mainstreamu i anty-pisowców zapominają jednak o jednym: to one same, ów mainstream, owi demo-liberałowie, owa inteligencja propagując kapitalizm, wolny rynek, gospodarkę rynkową i wiodąc ów „lud” ku szczęśliwości takich rozwiązań polityczno-ekonomicznych winni być w zgodzie z tym klasycznie rynkowym zjawiskiem. Jest popyt, jest podaż, jest zysk. Wszystko gra.
Czyż to nie wy, demo-liberalna inteligencjo, która dziś oburzasz się na „ciemny lud”, iż hołduje takim przesądom (nabywanie owego talizmanu, ziemi po której stąpał Jarosław K. jest swego rodzaju przejawem quasi-religijnego kultu, a poza tym: amulet chroni, ubogaca, uwzniośla), zachęcaliście do opowiedzenia się za kapitalizmem, gdzie „wszystko można kupić” trzeba mieć jedynie środki na ów
zakup ?
Karol Marks doskonale opisał to zagadnienie. Otóż „usposobienie religijne” człowieka jest wytworem społecznym i zawsze osoba ludzka jest umocowana w określonej rzeczywistości, przynależąc do danej tej rzeczywistości zbiorowości. Ponieważ mamy do czynienia z „rzeczywistością rynkową”, z ustrojem kapitalistycznym ,gdzie naczelnym kanonem jest zysk, wszystko podlega – czy nam się to podoba czy nie – tej naczelnej zasadzie. Poza tym – drodzy demo-liberałowie, tak zniesmaczeni faktem, iż „ciemny lud” kupuje takie irracjonalne gadżety – byt kształtuje świadomość (byt jako rzeczywistość nie tylko materialna ale też realność w sferze tzw. ducha, intelektu, właśnie tego co uważacie za inteligencję). A polski byt jest – dzięki waszej ignorancji i zaniedbaniom przez minione ćwierćwiecze sfer edukacji, nauki, wychowania do racjonalności i realizmu teoriopoznawczego – przesiąknięty bigoterią, dewocją, pospolitym bałwochwalstwem i kultem irracjonalizmu.
I nie mówcie, że sacrum się nie handluje. Symonia w waszym Kościele jest immanentną cechą tej instytucji od wieków.
To wasza demo-liberalna inteligencjo, drogi i oświecony mainstreamie znad Wisły, praktyka z lat minionych, sprzyjała takim trendom i procesom, a wy patrzyliście przychylnym okiem na wszystko co związane było, jest, co przynosi dochody i napędzą tzw. „turystykę pielgrzymkową” do miejsc pobytu Jana Pawła II. Na wszystko co z nierzeczywistym i banalnym kultem tego człowieka jest związane. Nawet stymulowaliście często takie zachowania, takie mody, nadając określone azymuty. A te wszystkie odpustowe koguciki, talerze z wizerunkiem papieża, a te masowe pomniki-kicze (stawiane za życia niczym w ojczyźnie Wielkiego Językoznawcy czy Słońca Karpat), wypasione świątynie – cytadele (wzbudzające trwogę i pokorę, nie refleksje i empatię) to coś innego ? A ampułki z krwią świętego Jana Pawła rozprowadzane jak relikwie przez jego umiłowanego Sekretarza Don Stanislao – to co ? A reklamy i czołobitność wobec pamiątek (materialnych) tzw. świętości Karola Wojtyły ? To wasze inteligencjo, mainstreamie, elito demo-liberalne i postępowe media, sprzyjający wam publicyści i dziennikarze, rozbudzały irracjonalny kult tego człowieka za życia. Więc czemu się dzisiaj dziwicie ?
To jest broń straszliwa wobec i dla waszego zdziwienia, zniesmaczenia, wysublimowanej pańskości, bo to prawda o źródłach tego „obciachu”, tego zaścianka, tego ciemnogrodu (jak uważacie). Po raz kolejny trzeba przywołać nieśmiertelnego Arystotelesa: „Nie poznamy prawdy, nie zgłębiając przyczyn”.
Katolicyzm w polskim wydaniu jest od dekad, od wieków (od kontrreformacji, która jak widać u nas ciągle trwa) manifestacyjnym, bezrefleksyjnym, ludycznym przedłużeniem pogaństwa z mnóstwem bożków i demonów realnie uczestniczących w życiu wspólnoty, strzyg i wodników czyhających na grzeszników na rozstajach dróg czy u wodopoju. Tabunem diabłów, rokit, borut czy smolaków, a ich alter ego są właśnie …… święci katoliccy i relikwie z nimi związane. To jest to samo co amulety, talizmany, totemy i fetysze w wierzeniach społeczności przed-nowoczesnych. One mają służyć oddaleniu wszelkich zagrożeń niesionych przez niepojętą racjonalnie codzienność, będąc antidotum na skłonności do grzechu i wodzenia na pokuszenie.
Więc szanowny mainstreamie, droga inteligencjo, demo-liberalna elito zamiast pohukiwać, wykazywać zbrzydzenie, mówić o tym „ ludzie”, że jest sfrustrowany i chamski (Mikołejko), że to buraki i chamy (Hartman) itd. „wyjść z siebie” i spróbować „popatrzeć na siebie z zewnątrz”, pozbyć się irracjonalnych, religianckich mrzonek, zejść na ziemię, wziąć się pod rękę z racjonalnością i realizmem, no i do roboty; edukować, wyjaśniać, płoszyć demony ciemnogrodu, przeganiać złogi wstecznictwa, plewić polskość z kontrreformacyjnych trendów, karczować świadomość nadwiślańskiego „ludu” z zabobonów, magii, guseł i przesądów. Ale zacząć trzeba od siebie (Sokrates).
Edukacja głupcy, edukacja …… nie religijna, nie magiczna, nie czarnoksięstwo i prorocze wizje, ale nowoczesna, racjonalna i dzisiejsza wiedza tudzież nauka mogą tylko w tym pomóc.



O lewicowym antykomunizmie
2017-09-04 15:41:59
Demokracja nie jest kwestią
celowości, lecz obyczajowości.

Willy BRANDT

Przemysław Wielgosz (LE MONDE DIPLOMATIQUE, lipiec 2017) zauważył celnie, że „……nie ma lewicowego antykomunizmu, a antykomunizm liberałów zawsze wyląduje w sąsiedztwie skrajnej prawicy”. Do tej smutnej, acz realistycznie brzmiącej sentencji dodać wypada jedynie, iż każda doktryna, ideologia czy teoria zaczynająca swą narrację od anty- prędzej czy później skieruje swą nienawiść i agresję przeciwko ludziom. INNYM ludziom. Bezrefleksyjność i emocjonalność takiej reakcji i retoryki – ale na poziomie popularnej „piaskownicy” (czyli emocje infantylne, dziecinne i wyrażane na podstawie zmysłowych wrażeń, nie na podstawie krytycznej refleksji i zastanowienia popartej wykładnią oraz znaczeniem stanowionego prawa) – prowadzić muszą do zaskakujących wniosków i spostrzeżeń. Na pewno negujących ewolucyjność naszej rzeczywistości, jej przygodność i przypadkowość, a z drugiej strony – kastrujących wielopłaszczyznowość ludzkiej osoby, różnorakość budowy jej konstrukcji psycho-osobowej, powodując zero-jedynkowe spojrzenie na świat i ludzi. Sprzyja taki proces życzeniowemu spojrzeniu na otaczającą nas rzeczywistość - jak mawiał Wańkowicz: rządzi nami „chciejstwo” (co w wielu dziedzinach ludzkiej aktywności np. polityce czy biznesie jest cechą dyskwalifikującą) - prowadząc do infantylizacji, irracjonalizmu i afektywnego, niezrównoważonego, niekoherentnego z racjami rozumu spojrzenia na orbis terrarum.
Natknąłem się w sieci nie dawno na stwierdzenie próbujące grać rolę poważnej i pogłębionej analizy (wiele w Internecie jest pospolitego „chłamu”, ale ta teza uderzyła mnie wybitnie swoją „odlotowością” i pląsami myśli Autora po dalekich opłotkach racjonalności czy pospolicie rozumianego rozsądku), że dzisiejsze rządy Prawa i Sprawiedliwości są bezpośrednim efektem …… stanu wojennego. Autor definiujący siebie jako „lewicowy antykomunista” z przekonaniem afiszując się z tak postawioną tezą stawia siebie obok ultra-prawicowych gremiów nie tylko w PiS-e ale bliskich ONR-owi czy Marianowi Kowalskiemu. Owa rzekoma zmowa elit schyłkowej Polski Ludowej i części tzw. „różowych” (czyli KOR-u i doradców pierwszej >Solidarności<) miałaby na celu „przetrącenie kręgosłupa” zdrowego, robotniczego i bezkrytycznie afirmowanego nurtu w pierwszej >S<. Na potwierdzenie tych rewelacji przytacza wypowiedzi szanowanych osób z kręgu opozycji z czasów PRL – Karola Modzelewskiego i Józefa Piniora – o innym charakterze związku reaktywowanego pod koniec lat 80-tych XX wieku (choć tu moim zdaniem posuwa się, delikatnie mówiąc, do manipulacji, tendencyjności i wybiórczości mających potwierdzić jego karkołomną tezę). Także pozycja w pierwszym rządzie III RP (niekomunistycznym jak powszechnie mówi mainstream) Leszka Balcerowicza, reformy wedle recept neoliberalnej szkoły „Chicago Boy’s” i wszystko co po tym się wydarzyło są wedle takiego mniemania logicznym, w jakimś sensie zaplanowanym i kontrolowanym procesem, obliczonym na wyraźnie określony efekt.
I nie pomogą żadne zaklęcia Autora – przed i po opublikowaniu tekstu – iż jest on zdecydowanym przeciwnikiem tzw. spiskowej teorii dziejów. Jest to logiczny i konsekwentny ciąg przyczynowo-skutkowy zachodzący w świadomości osoby stawiającej taką tezę jak również potwierdzenie zacytowanej na wstępie tekstu sentencji Przemysława Wielgosza.
Czy manicheizm w swej istocie (a takie widzenie rzeczywistości na zasadzie jedynie skrajnie opozycyjnych stanowisk – zło : dobro, ciemność : światło, prawda : oszustwo stanowią genezę tak postawionej tezy) jest możliwy do połączenia z oświeceniowym, a tym samym racjonalnym, lewicowym, humanistycznym widzeniem świata i człowieka ? Trzeba zauważyć, iż taki opis świata i człowieka jest de facto narracją religijną, więc – mityczną, irrealną, mitomańską, iluzoryczną i urojoną.
Nie będę powtarzał frazy o przygodności i przypadkowości działalności człowieka zwanej polityką. Wynika to przede wszystkim z wielopłaszczyznowości geopolityki i stosunków międzynarodowych, o dynamice zjawisk społecznych w wymiarze masowym - których w żadnym stopniu nie sposób przewidzieć - nawet nie wspominając. Nikt w 1980-81 roku nie mógł przewidzieć kolapsu ZSRR, rozwoju sytuacji politycznej, społecznej i wewnątrzpartyjnej w Kraju Rad. O tym świadczą zarówno zaskoczenie jakie wywołała dynamika i postępy procesu rozpadu Imperium Radzieckiego w zachodnim establishmencie politycznym, jak i niezmienna wysokość nakładów na instytuty czy placówki różnej proweniencji w krajach Zachodu zajmujących się szeroko rozumianą sowietologią. W tym miejsce warto tylko przypomnieć intelektualny klimat panujący w elitach władzy Zachodu dotyczący przebudowy struktur państwowych i społeczeństw wedle neoliberalnych dogmatów. Autor owego humbugu, o którym mowa, łaskawie przypomina o tym fakcie ale dokonuje go z pozycji właśnie tzw. „lewicowego antykomunizmu”, a de facto – anty-peerelizmu nie biorąc absolutnie pod uwagę ówczesnej sytuacji międzynarodowej, uwarunkowań europejskich i ustalonego porządku pojałtańskiego. Subiektywne namiętności i niekontrolowane racjonalnie emocje nastawione nie na obiektywizm, a na owo anty- (podobnie jak to ma miejsce u ultra prawicowców – intelektualne podglebie jest tu tożsame) uosabiające stan wojenny jako clou najgorszych cech PRL, nieuchronność systemową i sataniczną złowrogość tzw. „komunistów” prowadzą Autora na wyraźne pozycje manichejsko-religijne. A Polska Ludowa zwłaszcza w ostatnim okresie swego istnienia nie miała z ortodoksją „komunistyczną” wiele wspólnego. Stwierdza to wielu znawców problemu: Werblan, Łagowski, Walicki, Jedlicki, Modzelewski itd.
I to moim zdaniem, nie jakaś zmowa elit (krążąca swym ideowym przesłaniem wokoło spiskowych teorii), była główną przyczyną wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Nie zmowa o której tu już wspomniano, ale owa przygodność i przypadkowość wynikająca z takiego (a nie innego) rozwoju sytuacji wewnątrz kraju jak i w skali międzynarodowej, jak również przewidywanie możliwego (pesymistycznego) rozwoju sytuacji.
Polska AD 1980-81 (i potem przez kolejną dekadę) była (i jest) podzielona symetrycznie i głęboko, a owa dychotomia swymi korzeniami sięga dalej niż PRL, II RP, bo do czasów przed- i rozbiorowych. Poza tym, nie prawdą jest głoszona teza przez post-solidarnościowe elity dziś nobilitujące się na główne siły opozycyjne lat 70-80 o swych szerokich i rozległych wpływach społecznych. Cała narracja ówczesnej „Solidarności” i post-solidarnościowa po 1989 roku przedstawiała, i czyni tak dziś, tę polaryzację naiwnie, życzeniowo, w sposób reklamiarsko-propagandowy. Oto z jednej strony stoi „zdrowy, oparty o robotniczy trzon i znój pracy rolników indywidualnych” prawdziwy naród polski (z papieżem na czele i Lechem Wałęsą, wraz z symboliką i mitami wiązanym z tymi osobami), a z drugiej – zdrajcy, komuniści, homo-sovieticusy, „ubecy” i inna tego typu „swołocz”. Czyli – jing vs jang, biel kontra czerń, anielskość przeciw satanizmowi. I ten podział – z grubsza – prezentowany jest także dzisiaj, choć nie odpowiada on absolutnie (tak jak i wtedy) zasadniczym podziałom, interesom i stratyfikacji klasowej. I chodzi tu zarówno o wagę ilościową jak i argumentację.
Ponieważ PRL była krajem nie-demokratycznym, rządzonym autorytarnie (mniej lub bardziej w różnych okresach po 1956 roku) w sensie demo-liberalnych kanonów cywilizacji zachodniej obie strony owego starcia siłą rzeczy musiały zbierać pod swoje sztandary różne opcje (często „od Sasa do lasa”). I tu i tam byli post-endecy, tu i tam byli zwolennicy socjalizmu w stylu PPS-owskim, tu i tam byli narodowcy i nacjonaliści. Tu i tam zakorzenili się osobnicy o mentalności jakobińsko-bolszewickiej – jak w każdym ruchu masowym przyciągającym różne indywidua. Także zarówno w PZPR jak i „Solidarności” byli tzw. pro-państwowcy, próbujący w tym zamieszaniu i napięciu hamować radykałów i „oszołomów” mając na uwadze przede wszystkim „publico bono” (bo Polska Ludowa była – wbrew temu co mówią dzisiejsze elity POPiS-owskie – państwem polskim) itd. itp. Jakakolwiek idealizacja czy bezkrytyczna apoteoza (i vice versa – totalne potępienie) któregokolwiek elementu składowego w obu blokach (robotników zaangażowanych w >S< i w tzw. aktyw partyjny, „patriotów” z Grunwaldu czy KPN-u, naukowców i autorytety zgromadzonych wokoło Komisji Krajowej czy tworzących różnego rodzaju rady konsultacyjne przy naczelnych organach władzy Polski Ludowej itd.) prowadzi na manowce, idealizuje, heroizuje z jednej i deprecjonuje, poniża, opluwa z drugiej strony całość najnowszych dziejów naszego kraju. Jest irracjonalna i szkodliwa tak dla tkanki społecznej jak i dla istoty państwa, jego bytu i przyszłości. Tworzy kolejne mity, legendy i „trupy w szafach” nadwiślańskiej świadomości. Rozbudowuje polskie romantyczne imaginarium o kolejne, nieprawdziwe apokryfy, będące mimochodem genezą następnych legend, tromtadrackich opowieści, heroicznych mitów i tabunów kombatantów (kiedy rzeczywista grupa aktywnych „na prawdę” opozycjonistów sięgała wówczas – jak mówi wielu autentycznych działaczy podziemia – co najwyżej kilku tysięcy osób). Owo chciejstwo i dogmatyzm w stylu zero-jedynkowym z przeszłości dziś triumfują w rządach kolejnych klonów >Solidarności< w osobach panów Śniadków, Jurgielów, Szyszek, Piotrowiczów, Waszczykowskich, Jakich, Pięt, Brudzińskich, Tarczyńskich, Suskich itp. „jenotów” polskiej polityki.
A co w takim razie z antysemityzmem i post-endekoidalnymi ideami, które funkcjonowały nie tylko na obrzeżach Partii (vide Zjednoczenie Patriotyczne >Grunwald<), ale i >Solidarności< (wstydliwie się współcześnie nie wspomina wytupania i wyklaskania w Oliwii Jana Józefa Lipskiego i Aleksandra Małachowskiego) ? A jak to w takim razie jest drogi Autorze krytykowanej tu frazy, mój szanowny oponencie, iż działaczem >S< mógł być Janusz Waluś, rasista, biały suprematysta i de facto faszysta, antykomunista klasyczny, zabójca Chrisa Haniego, w RPA, odsiadujący wyrok dożywotniego więzienia za ten czyn, ostatni jak głosi narodowo-prawdziwa część polskiego spectrum politycznego, żołnierz wyklęty ?
Jeśli więc uprawniony jest wniosek, iż stan wojenny jest ojcem dzisiejszej sytuacji (pewnie w jakimś sensie tak, ale gdzie w takim razie przygodność, gdzie okazjonalność, incydentalność) w jakiej ugrzęzła polska demokracja pod rządami PiS-u to „per analogiam” jasno trzeba sobie powiedzieć, idąc tropem myśli Autora, iż źródła marszów ONR-owców i tzw. narodowców tkwią w >Solidarności< AD’1980-81, która ponad miarę fetyszyzowała tzw. wartości narodowe wedle XIX-wiecznego sznytu oraz klerykalizowała przestrzeń publiczną w sposób perfidny, w stylu którego by się nie powstydziły „ciemnota”, filisterstwo czy obskurantyzm rodem z Kontrreformacji. Efekty formalne i jurydyczne tego zjawiska to m.in. sposób i forma wprowadzenia religii do szkół, ustawa dotycząca przerywania ciąży czy styl podpisania i wejścia w życie konkordatu.
Dokładnie wiadomym jest, iż źródłem wielu polskich nieszczęść jest ta romantyczna, idealistyczna, połączona z klerykalizmem i ludowo-manifestacyjną (czyli bezrefleksyjną) pobożnością, wykładnia polityki, historii, socjologii itd. Jak mówi celnie sentencja Józefa Szujskiego: „Fałszywa historia, mistrzynią fałszywej polityki”. A wiemy (za Josephem Campbellem) jednocześnie, iż mity to społeczne sny, a sny z kolei są mitami personalnymi.
Na koniec warto jeszcze tylko zwrócić uwagę na to, iż to byt określa świadomość i że ten byt definiujemy zarówno w wymiarze materialnym jak i intelektualno-świadomościowym (oczywiście jest to kolejny przykład działania zasady sprzężenia zwrotnego). Sfera intelektualno-świadomościowa nadwiślańskiego ludu, lechickiego plemienia jaka jest (jak z „koniem Tyma”) każdy widzi. I tą sentencją chciałbym podsumować niewątpliwie oryginalny, o niezwykle karkołomnej paraboli intelektualnej, materiał Kolegi lewicowca-antykomunisty otwierający pola dla kolejnych fantazmatycznych popisów nadwiślańskiego, prawdziwie patriotyczno-polskiego, lewicowo-antykomunistycznie nastawionego, imaginarium.
Odloty salonów
2017-08-07 07:26:22
Zadrwiono sobie z nich ogłaszając, że
są wolni: wolni bo wolno im zdychać z głodu,
czego też sobie nie odmawiają. Człowiek
nie naje się tym, że ma prawo wybrać posła,
który potem opływa we wszystko i tyle troszczy się o wyborców swoich co o zeszłoroczny śnieg.

Emil ZOLA


Aam Michnik nie ma dziś w Polsce dobrej publicity. I to zarówno u znacznej części swoich etosowo-styropianowych towarzyszy walki, jak i po tej stronie lewicy, która szanuje dokonania honorowego Redaktora Naczelnego Gazety Wyborczej, choć bez „pomnikowości” i bezkrytycznej, religijnej w swym wymiarze, apologii jego osoby jak to ma miejsce w wielu przypadkach. Trzeba tu zauważyć, że uwielbienie osoby i dokonań Adama Michnika ze strony części jego najzagorzalszych akolitów jest analogiczne w swym źródle do zachowań wyznawców Jarosława Kaczyńskiego. W obu przypadkach geneza zasadza się na quasi-religijnych potrzebach i takiej też mentalności, odartej z krytycznej refleksji, racjonalności oraz pozbawiona dystansu immanentnego realizmowi poznawczemu. To uczucia estetyczno-romantycznej proweniencji, emocje, afekty, zapotrzebowanie na posiadanie Pana (w tym wypadku w wymiarze intelektualno-wizerunkowym), predylekcja do mitomanii itd. Patrząc na zachowania znacznej części polskiej inteligencji można stwierdzić, iż potrzebuje ona – tak to tłumaczy – niezawodnego, o religijno-teologicznym pochodzeniu (gdzie podstawą jest czołobitność, kult i swoista liturgia poddania), wywiedzionego z platońskiej wizji świata, idealnego, jednoznacznego, omnipotentnego autorytetu. Taka wizja przeradza się łatwo w predylekcję do autorytaryzmu, nietolerancji, ksenofobii i swoistej mizantropii.
* * *
W Internecie natknąć się można na informację jakoby podczas rozmowy jeden z niemieckich dziennikarz zapytał Adama Michnika czy on (i jego zwolennicy, którzy w zasadzie doprowadzili swoją działalnością w Polsce do rewolucji AD’1989 i tego wszystkiego co jest jej efektem) rozumie, że to transformacyjna bieda zrodziła w jakimś sensie populizm Prawa i Sprawiedliwości z jakim współcześnie się zmaga nasz kraj. Guru polskich salonów demo-liberalnych i niewątpliwie znacząca postać polskiej polityki ostatnich dekad miał zakrzyknąć: „Tak sądzą jedynie agenci Putina”.
Podobna konfrontacja poglądów ma miejsce kiedy zestawiamy stwierdzenie Haliny Bortnowskiej (Tygodnik Powszechny) uważającej, że „….Dzieci nie powinny szpanować kasą w liceach by nie ranić uboższych, klasa to wspólnota" znów z odpowiedzią na to dictum Adama Michnika: „Czy chce Pani powrotu komuny ?”.
Po tych słowach czołowego polskiego intelektualisty, stanowiącego dla demo-liberałów znad Wisły, Odry i Bugu pomnikową jednostkę (coś na kształt metra z Sevres) można tylko ze smutkiem pokiwać głową: nic żeście drodzy reprezentanci demo-liberalnego mainstreamu nie zrozumieli z wyników wyborów AD’2015 i trendów jakie idą niczym tajfun przez Europę i świat Zachodu (dot. to głównie USA). G.F.W.Hegel pisał – i to jest najlepsza egzemplifikacją tego co się w świecie zachodnim dzieje – o "Zeitgeiście".
Podobne skojarzenia na temat amerykańskiej klasy liberalno-demokratycznej - po porażce w prezydenckich wyborach AD’2016 ich przedstawicielki Hillary Clinton - przedstawia w Le Monde Diplomatique (nr 5/135/2017) dziennikarka amerykańska Angela Nagle ([w]: „Postępowcy wrogami ludu”). Jak widać jest to wspólna trauma obozu postępowego, demokratyczno-liberalnego w kulturze zachodniej. Liże on rany po poniżeniu za jakie uważa wyniki wyborów w których ich żelaźni kandydaci, jedynie-słuszni, postępowi, otwarci i reprezentujący wolny oraz świetlany świat, przegrywają z jakimiś przypadkowymi, ciemnymi i populistycznymi obwiesiami godnymi co najwyżej pogardy. Dziś te środowiska próbują „pocieszyć się iluzją wyższości. Nie wiedząc, że budzą diabła”.
Zwykły człowiek staje się w takiej narracji ciemniakiem, idiotą, przedstawicielem bezmyślnych mas bądź nikczemnej tłuszczy, ciemnym tłumem, jednostką pozbawioną właściwego osądu itp. Elita liberalno-demokratyczna popada jednak w taką formę schizofrenii, zaprzeczając tym samym swemu oświeceniowemu dziedzictwu i wartościom, co jakiś czas. Dowodów z historii dawnej i nowszej znaleźć można całe mnóstwo: na takie zaprzaństwo, niekonsekwencję przekazu i niespójność owej narracji (kompromitujące owe elity), irracjonalizm i brak logiki. Do tej pory wydawało się - może lepiej; stworzono taki klimat intelektualno-medialnego przekazu - iż tak czynić mogą wyłącznie prawicowcy oraz konserwatywni tradycjonaliści, religianci i fundamentaliści religijni schlebiający zachowawczości opartej o hierarchię tudzież ustaloną boskimi prawami stratyfikację społeczną.
To jest jednak przejaw mizantropii. I jej źródła leżą w tych samych zakamarkach świadomości tak lewicowców, demo-liberałów i postępowców, jak i prawicowców, konserwatystów, neoliberałów czy zachowawczych tradycjonalistów.
Bliski politycznie Michnikowi inny czołowy polityk obozu solidarnościowego, Bronisław Geremek, wyrazić miał onegdaj opinię, że „….W polityce są partie i ludzie, którzy opierają swoje działanie na wykorzystywaniu niechęci, nienawiści i strachu. I te fale populizmu, które przechodzą przez Europę, biorą się z takiej właśnie koncepcji polityki”. Racja, tylko czy obóz postępowo-liberalno-demokratyczny w swych działaniach po upadku Muru Berlińskiego – i dotyczy to nie tylko Polski ale całego Zachodu - nie postępował tak właśnie jak polski mediewista (a po 1989 roku znany polityk) słusznie skonkludował ? Czy ów obóz w swej retoryce, przekazie medialnym, powszechnej narracji nie stronił od pogardy, paternalizmu, apodyktycznej pewności siebie immanentnej zwycięzcom, swoistej mizantropii wobec początkowo tzw. post-komunistów („lewicy w Polsce mniej wolno”), potem wobec tych towarzyszy sądzących, że inne rozwiązania polityczno-społeczne są możliwe ? Media opanowane w większości przez ten mainstream sprzedały taki stosunek do INNEGO masom. Proces pogłębiania się polaryzacji społeczeństwa zaczął się od tych elementów narracji prowadzonej wedle niebezpiecznego kryterium: MY - samo dobro, wyjątkowe i jednoznaczne pomysły na kraj i społeczeństwo, prawda, piękno, wartości, etyka itd. ci INNI – zło, agenturalność (najlepiej moskiewska bo to na fali powszechnej rusofobii najlepiej się sprzedaje i najskuteczniej można tego innego takim argumentem „odstrzelić”), populizm, prostactwo, nic nie warte persony, intelektualne embriony, polityczne karły itd. Klasycznym tego przykładem jest sposób i forma przedstawienia w mainstreamowych mediach Andrzeja Leppera, ostatniego „naturszczyka” o w miarę lewicowym sposobie myślenia (z polskim oczywiście defektem spojrzenia na rzeczywistość). Niestety, także polska lewica (tak popezetpeerowska jak i post-solidarnościowej proweniencji) potraktowała ten ruch zogniskowany wokoło rolnika spod Słupska wg znanej z tradycji sarmacko-feudalnej relacji >Pan vs Cham<.
* * *
Czy wszystkie gremia, polityczne ugrupowania i środowiska wykorzystujące niechęć, nienawiść, strach, używające języka populizmu w debacie publicznej są automatycznie agenturą Kremla (czy np. Berlina – dla licznych, znów ujawnionych, germanofobów) ? Widać to dokładnie na podstawie aktualnej sytuacji społeczno-politycznej w naszym kraju, gdzie obie strony wywiedzione z tradycji etosowo-styropianowej zarzucają sobie uległość wobec Moskwy bądź Berlina, agenturalność na rzecz naszych potężnych sąsiadów, sprzedajność interesów kraju (w imię oczywiście wizji niepodległości i suwerenności zaczerpniętych z tradycji XIX i początków XX wieku). I czy taki sposób myślenia może mieć przyszłość, może dokonać kolejnego cywilizacyjnego kroku, tak wymaganego w naszym, polskim grajdołku ? Bo oto elity poszukujące z jednej strony – tzw. kozła ofiarnego dla pokrycia swej niekompetencji i ignorancji a tym samym skierowania zainteresowań społecznych na poboczne sprawy, odległe od egzystencjalnych zagadnień nurtujących każdego człowieka, z drugiej zaś – bazujące w swej retoryce na starych, zgranych, niebezpiecznych fobiach, uprzedzeniach i kompleksach, budzące ponownie w nadwiślańskiej wspólnocie demony endeckich i quasi-faszystowskich, klerykalno-fundamentalistycznych i rasistowsko-nacjonalistycznych proweniencji są zdolne do przeniesienia Polski, Polek i Polaków autentycznie w XXI wiek ? Realnie, nie retorycznie.
Opisywane sytuacje w całej kulturze Zachodu są po prostu zjawiskiem ponadczasowym i powtarzającym się regularnie, zwłaszcza w historii Europy. I czy nie jest ono kompatybilne z falami (które z kolei jest związane z określonymi ideami i procesami społecznymi im towarzyszącymi) pychy, rosnącej fanfaronady, ekskluzywizmem i kolosalną, nie do zaakceptowania megalomanią (zwłaszcza w dobie masowych środków komunikacji społecznej oraz zaklęć wypełniających przekaz medialny o demokracji, wolności, prawach człowieka czy swobodach obywatelskich) w jakie wspomniane elity co jakiś czas popadają ? Bo jest tu jak z królową Marią Antoniną, żoną Ludwika XVI, która na wiadomość, iż lud przymiera głodem, nie mając pieniędzy na chleb miała serio i poważnie odrzec: „To niech je ciasteczka”. Po kilkunastu miesiącach od tego stwierdzenia głowa Madame Deficite (jaką ją nazywano w kręgach rewolucyjnych i kursujących po kraju pamfletach) 16.10.1793 r. o godz. 12.15 potoczyła się spod gilotyny ……
Potwierdzałoby to spostrzeżenie Georga F.W. Hegla iż „……Historia uczy, że ludzkość niczego się z niej nie nauczyła”.
No ale tu mamy do czynienia z elitami, które są niejako predestynowane do wyciągania racjonalnych i realistycznych wniosków z narodowego-społecznego doświadczenia historycznego. W Polsce rządzonej przez elity post-solidarnościowe jest to predestynacja szczególna i szczególnie etycznie umocowana, którą społeczeństwu wszem i wobec powszechnie się wmawia.
* * *
Dwa stanowiska, pochodzące z tego samego środowiska opozycji demokratycznej okresu Polski Ludowej, (przyznających się do tradycji Solidarności) - Michnik i Geremek - oddają w zasadzie clou tego problemu. Pogarda dla INNEGO: czy to pozostającego w biedzie, wykluczonego, nieumiejącego poradzić sobie z wymaganiami wolnego (ponoć) rynku i jego niewidzialnej ręki, nie potrafiącego agresywnie konkurować i rywalizować (z różnych zresztą powodów) czy to pozostającego na odmiennych pozycjach polityczno-aksjologicznych, ale wśród tych, którym się udało, którym się powiodło, którzy są na topie (jakkolwiek by ten termin rozumieć) jest tak samo powszechna jak i głęboko zakorzeniona w umysłach polskiej inteligencji. I jest to charakterystyczne dla osób stanowiących bazę takich ugrupowań jak Platforma Obywatelska, .nowoczesna.pl czy Prawa i Sprawiedliwości. Także dotyczy to w jakimś sensie Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Wielokrotne wypowiedzi – w przeszłości – takich liderów Sojuszu jak Włodzimierz Cimoszewicz, Andrzej Kalisz, Marek Borowski, Grzegorz Napieralski czy związany z Sojuszem jako prezydent – Aleksander Kwaśniewski, o takich reprezentantach już nie wspominając jak Danuta Hübner, Lidia d’Odenberg czy Andrzej Rosati, nie pozostawiają tu żadnych złudzeń co do istoty programowej tej partii chcącej uchodzić za lewicową.
To wszystko materializowało się i przejawia się nadal (obojętnie kto sprawuje rządy) w zdecydowanym i jednoznacznym poparciu ultra-prorynkowych – czyli w wersji neoliberalnej – koncepcji gospodarczych, a tym samym opowiadanie się za określonymi rozwiązaniami społecznymi, kulturowym i cywilizacyjnym piętnem. Inaczej jest tylko z retoryką, z kładzeniem nacisku na określone wartości czy kamuflażem tych odruchów niechęci w stosunku tego INNEGO.
Elity rządzące od 30 bez mała lat w Polsce i prowadzące tzw. transformację ustrojową od początku uważały siebie za Mojżesza i Proroków (jak to ma miejsce we wczesnym judaizmie i co opisuje Pięcioksiąg), prowadzących naród do krainy wiecznej szczęśliwości. Uwagi i tezy idące do społeczeństwa z tej klasy politycznej cały czas opierały się na bazie oraz doświadczeniach podziałów politycznych, kulturowych, społecznych etc. z czasów Polski Ludowej co jest kompletnym nieporozumieniem i logiczno-racjonalną aberracją. Tak jak PZPR – partia władzy bez ideologicznego kośćca (zbierająca różne odcienie i polityczne postawy ludzi zaangażowanych w polityczno-społeczną praktykę lat 1944-89) - tak i „Solidarność” musiała być jej alter ego, odbiciem struktury i podziałów istniejących w ówczesnym społeczeństwie. Przenoszenie tej stratyfikacji na czasy liberalnej demokracji – my vs oni (ci źli, ci bez wartości, ci zdegenerowani, nic nie warci, ci „którym mniej wolno” bo nie są z nami i nie są naszymi komilitonami itd.) zaowocowało po 25 latach transformacji niebezpiecznym, dramatycznie ostrym, stojącym na granicy siłowego konfliktu, podziałem społeczeństwa.
Kwitowanie obraźliwymi, często plugawymi i niskimi określeniami komuny (symbol oraz szlagwort niosący sobą pogardę, deprecjację, absolutne zło i totalne wszetecznictwo) ludzi zaangażowanych w PRL – państwo polskie bo innego być nie mogło – bądź posługiwanie się haniebnymi często insynuacjami wobec odmiennie myślących przez „uznane salony” dziś wraca bumerangiem w retoryce i zachowaniach rządzącego obozu Jarosława Kaczyńskiego wobec tych właśnie środowisk. Chodzi o istotę, nie o wymiar czy zasięg ……… Dno i pospolite szambo w jakie stacza się – w każdym wymiarze – polskie życie publiczne jest m.in. pokłosiem tej pychy, tego zadufania, tej pogardy jakiej pełno było w dyskursie publicznym po 1989 roku, a którym hołdowały mainstreamowe salony.




Lewica i patriotyzm
2017-07-15 07:48:31
Prawdziwy patriotyzm nie tylko polega na tym,
ażeby kochać jakąś idealną ojczyznę, ale – ażeby kochać, badać i pracować dla realnych składników tej ojczyzny, którymi są ziemia, społeczeństwo, ludzie i wszelkie ich bogactwa.

Bolesław PRUS

W Polsce przypływ uczuć patriotycznych, których emanacją jest przede wszystkim mnogość tzw. patriotycznych gadżetów w przestrzeni publicznej, t’shirty z taką symboliką, narracja podniosła, wzniosła i nadęta okadzona narodową mirrą i biało-czerwonymi dymami (już Arystoteles mawiał, żeby „nie mawiać uroczyście o rzeczach marnych” – chodzi także o nagminność tej mowy), tatuaże na wszystkich – nawet intymnych – częściach ciała podkreślające przywiązanie do tego z czym można kojarzyć „Boga, Honor i Ojczyznę” (bo Polak musi mieć obowiązki polskie) rozlewa się niezwykle szeroko, zagarniając również jak widać, słychać i czuć lewicowe umysły i serca ową poetyką. W takim czasie tylko co poniektórzy – zapewne obcoplemieńcy, jacyś Żydzi, komuniści lub inni „popaprańcy” – próbują w czasie tego odrodzenia narodowego, tożsamości nadwiślańskiej, sikać do polskiego mleka, niczym mrożkowe garbate karzełki. A już szczególnie jest to naganne, gdy wśród młodzieży budzi się patriotyczny zew. On bowiem zdaniem wyznawców tych teorii jest nadzieją na wielkość Polski, jej odrodzenie w wersji jagiellońskiej, kraju i narodu królującego na trój-morzu (między Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym).
Adwersarze i krytycy, uważający moje stanowisko w sprawie tzw. „polskości” - dziś imaginowanej i fetyszyzowanej ponad miarę - za „fałszywe świadectwo lewicowości” przemilczają wszakże z niewiedzy czy infantylności, iż za tym „odrodzeniem uczuć patriotycznych” idą właśnie ataki rasistowsko-ksenofobiczne na wszystko co inne, co nie mieści się w endecko-klerykalnym, iście XIX-wiecznym mniemaniu o ojczyźnie, narodzie czy państwie. Bo w Polsce patriotyzm zawsze – tak po prostu się stało i tak to wynika z historii kojarzyć się musi ze sznytem endeckim i oenerowskim entourage. Tego żadne zaklęcia, chęci czy umizgi do owych środowisk nie zmienią dziś czy w najbliższym, przewidywalnym czasie.
No i do tego klerykalizm, a w zasadzie – narodowo-religijna narracja zbieżna z islamistyczną wizją wiary religijnej, prawa i porządku publicznego, niesłychanie utwierdzająca taki właśnie model patriotyzmu rodem z XIX stulecia.
Jak celnie pisze włoski intelektualista i literat Umberto Eco taki patriotyzm stanowi najczęściej „…… ostatnie schronienie łajdaków; ludzi bez zasad moralnych owijających się zwykle sztandarem; bo bękarty powołują się zawsze na czystość swojej rasy. Narodowa tożsamość to jedyne bogactwo tych biedaków, a poczucie tożsamości oparte jest na nienawiści - na nienawiści wobec tych, którzy są inni”.
Jeśli opowiedzieć się mamy za dotychczasową wersją dziejów - czyli funkcjonowaniem państw sensu stricte narodowych, pobudzanych i żywiących się nacjonalizmem, ksenofobią, walką o niepodległość (dotyczy to tych wspólnot które w wyniku historii do tej pory swych państw nie posiadają) – nikomu takich dążeń odmówić nie możemy. Baskowie, Szkoci, Tyrolczycy i Bawarczycy (oraz mieszkańcy włoskiego regionu Trydent-Górna Adyga), Walijczycy, Korsykanie, Lombardia, Sandżak (o trójdzielnej – wedle sznytu religijno-narodowego – Bośni i Hercegowinie nie wspominając), Ślązacy, Łużyczanie – to tylko drobny wycinek z Europy oraz problemów niesionych przez takie spojrzenie na owe zagadnienia. A co z Rosją (o, tu Polacy chętnie by widzieli poszatkowanie na setkę – przynajmniej – jednostek państwowych „ruskiego niedźwiedzia”), z Indiami (takich Tamilów w Indiach i na Cejlonie jest ok. 65-70 mln), z Autochtonami na terenach USA, Kanady i Australii ? Co z Kurdami i całą mozaiką narodów, wspólnot, społeczności na Bliskim Wschodzie i w północnej Afryce ? Co z Czarnym Lądem w ogóle ?
Tak skonstruowany podział świata, bez żadnej zwierzchniej, nie imperialnej, nie na zasadzie jednostronnego dyktatu i hegemonii, organizacji nadrzędnej akceptowanej powszechnie na zasadzie konsensusu i kompromisu, prowadzić będzie do permanentnej, hobbesowskiej „wojny wszystkich ze wszystkimi”.
Można domniemać, iż amerykańskie wizje New Word Order, którym od upadku Muru Berlińskiego hołduje Biały Dom i elita polityczno-finansowa Stany Zjednoczone AP, widzące w Ameryce owego jedynego, zarządzającego permanentnymi kryzysami, wojnami i kolapsami, jako tuczącego się nimi hegemona, zdążają właśnie w takim kierunku. Lewica w swej narracji powinna, musi wręcz, opowiadać się za pluralizmem (politycznym w skali globalnej przede wszystkim), przeciwko wszelkiej jednostronnej hegemonii. I to jest kolejny element patriotyzmu globalnego jaki winien być mocno zaakcentowany w lewicowej narracji na temat patriotyzmu.
Lewica to przede wszystkim człowiek. Jednostkowo i grupowo. Bez względu na rasę, język, wyznanie, poglądy polityczne, zakorzenienie kulturowe czy miejsce w stratyfikacji społecznej. Oczywiście, lewica dążyć winna do niwelowania stratyfikacji, wyrównywania szans i podnoszenia ogólnego poziomu jakości życia, likwidacji barier różnego rodzaju tworzonych właśnie z racji różnorodnych elementów naszego codziennego bytu. Barier istniejących z racji naszych dziejów także w mentalności. Jednak fetyszyzacja klasyfikacji jednostki czy społeczności z tytułu narodowej przynależności jest z punktu widzenia lewicowego oglądu świata niesłychanie naganną. I to z wielu względów – m.in. dlatego, iż zaciemnia, ruguje w niebyt różnice klasowe i społeczną stratyfikację z nich wynikającą, rzutującą na wspomnianą jakość życia jednostkowego. Dopiero potem idą inne, płynące z minionych dziejów, tradycji, doświadczeń, kultury, wierzeń religijnych itp. pojęcia jak: naród, państwo, rasa, religia, poglądy polityczne i podziały na tym tle. To tradycja wywiedziona bezpośrednio z Oświecenia, jego dziedzictwa i istoty.
Można stwierdzić, że terminy takie jak naród, rasa, państwo, wartościowanie wedle języka, kultury, poglądów politycznych, spojrzenia na estetykę czy sztukę są de facto wytworami naszego umysłu i języka. I do tego musimy dodać jeszcze czas - czwarty, bodajże czy nie najważniejszy, wymiar naszej egzystencji.
Czym więc patriotyzm w wieku XXI winien być dla polskiej postępowej, progresywnej, patrzącej w przyszłość lewicy ?
Na pewno musi nieść jakiś pierwiastek utopijny. Coś na kształt „szklanych domów” o których Cezaremu Baryce mówił w Baku jego ojciec (Stefan Żeromski, PRZEDWIOŚNIE). Oczywiście z racjonalnym oraz realistycznym zmysłem, iż do utopii winniśmy dążyć, ale prawdopodobnie nie zdołamy jej (za jednostkowego życia) osiągnąć.
Współczesny człowiek, zwłaszcza lewicowiec winien być otwarty właśnie na utopię i progresję, które tak zarysowane stanowią otwarcie ku przyszłości. Lewicowa wrażliwość, empatia i wspomniane już „przebóstwienie” człowieka mają niesłychanie nośny i humanistyczny wymiar. To różnić winno lewicę od konserwatywnej, przaśnej (zazwyczaj), odwołującej się do tradycjonalizmu i minionych wartości prawicy. Wartości kultywowanych bez spojrzenia na nie przez pryzmat czasu, kontekstu społeczno-historycznego, heglowskiego „Zeitgeistu”. W takich przestrzeniach nie ma po co z nią rywalizować. To nieuczciwe (grozi plagiatem), nietwórcze, a ponadto na pewno nie skuteczne. Ludzie wybiorą „oryginał”, nie „podróbkę” bądź nawet najlepszą kopię.
Patriotyzm to dziś np. uczciwe płacenie podatków. Mamy przecież suwerenne, wolne i niepodległe państwo (jak zapewnia od ponad ćwierćwiecza prawica neoliberalna i demo-liberałowie). Podatków na rzecz społeczeństwa – bo państwo to rzecz wtórna, nawet – trzeciorzędna. Państwo – zwłaszcza tzw. narodowe - nie jest strukturą omnipotentną, niezmienną, niemalże boskiego pochodzenia. Pojawiło się na określonym poziomie rozwoju społecznego jako struktura powołana do porządkowania życia i bezpieczeństwa – przede wszystkim – tego społeczeństwa przed nim samym. I jak wszystko w życiu podlega ewolucji, zmianom, może i zanikowi.
Patriotyzm dziś, w aktualnych polskich warunkach, to może przede wszystkim protesty o zachowanie w niezmiennym, dotychczasowym stanie Puszczy Białowieskiej. Dobra i wartości nie tylko narodowych (czyli – lokalnych), ale ogólnoludzkich. To też m.in. sprzątanie Tatr, to obrona Mierzei Wiślanej przed zakusami polityków którzy w krótkowzrocznym, często li-tylko merkantylnym widzeniu świata, chcą ten subregion (chodzi o Mierzeję, ujście Nogatu i Zalew Wiślany) po prostu zniszczyć, a tym samym - zmienić diametralnie przez realizację swych chorych (najczęściej irracjonalnych, wąsko-komercyjnych pomysłów) jego unikatowy, zjawiskowy, niepowtarzalny charakter. Łączenie tzw. polskości z uniwersalnymi dobrami, ogólnoludzkimi, społecznymi, w dobie globalizmu i ponadnarodowej władzy korporacji jest dla lewicy priorytetem. Walka o polskość winna być walką o świat wolny od przemocy, dominacji, egoizmu, nacjonalizmu, pazerności kapitału niczym nie ograniczanego w dobie współczesnego neoliberalizmu, o solidarność międzyrasową, międzykulturową itp. To prawdy aprioryczne i znane od dekad, tylko ostatnio jakby zapomniane i nieśmiało (political correctness ?) przemilczane.
Także w tym kontekście zawiera się walka z próbami demontażu – oczywistych (choć daleko do końca nie urzeczywistnionych wedle lewicowej wizji funkcjonowania) – wartości i form demokracji w Polsce.
Kult pięknego dramatu, uwznioślonej śmierci, „liturgia cmentarna” i „czołobitność trumienna”, przeradzają się w traumatyczny dogmat: im więcej ofiar tym większe bohaterstwo i powód do dumy oraz celebry. Emanują one retoryką na temat zła i wszetecznictwa będącego immanencją naszych adherentów, przeciwników, wrogów, którzy nas pokonali, pobili, zwyciężyli. Zła które ich trawi „do szpiku kości” odmawiając im tym samym jakichkolwiek racji, racjonalnych (z ich punktu widzenia) uzasadnień, najczęściej też nie widząc naszych win i błędów. Jak mówi narodowo-klerykalna prawica – to pedagogika klęski. Z tak edukowanym i nauczanym patriotyzmem, tak uprawianej przy tej okazji liturgii klęski na pewno nie jest po drodze lewicy.
Czy konfederaci barscy, dziś stawiani jako XVIII wieczni „żołnierze wyklęci” walczący z odwiecznym wrogiem – Moskwą, Kremlem, Rosją czy „sowietami” – są godni admiracji z racji wartości o które toczyli bój (nie, nie chodzi tylko o niepodległość bo to tylko jeden element owego powstania lecz o charakter chylącego się ku upadkowi z tytułu wartości o których szedł ten bój, państwa) ? Nota bene – dziś gloryfikowani tzw. „żołnierze wyklęci” są niezwykle podobni w swej postawie, tragizmie, dramacie (ale i irracjonalizmie oraz stygmacie klęski) do tamtych konfederatów. Podobnie ma się rzecz z powstaniem warszawskim.
Czy ze wszech miar humanistyczne hasło „za waszą wolność i naszą” można odnosić do legionistów pacyfikujących Santo Domingo bądź szwoleżerów Kozietulskiego wyżynających na przeł. Somosierra w imię imperialnych interesów Napoleona, walczących o swoją suwerenność Hiszpanów ? Refleksje Krzysztofa Cedro (Stefan Żeromski, POPIOŁY) podczas walk o Saragossę (w ramach wojen napoleońskich) nie są przedmiotem szkolnej egzegezy, edukacji obywatelskiej, nie zajmują poczesnego miejsca w popularyzatorach historii, licznych periodykach itd.
Kiedy pozostajemy w tak skonstruowanej symboliczno-bezrefleksyjnej narracji o naszej historii rzucając tylko oskarżenia na: sąsiadów, ich złowrogość, podporządkowywanie lechickich ziem swoim interesom, to czas, sytuacja, przyczyny w tak widzianych i objaśnianych dziejach się nie mogą liczyć. Przyczynowo-skutkowa egzegeza faktów historycznych winna być esencją prowadzonej przez lewicę edukacji, narracji i takiej też retoryki. Lewica winna walczyć ze wszystkich sił i we wszystkich możliwych formach, przekonywać i uświadamiać, że edukację historyczną - a tym samym o kultywowanie racjonalnego i idącego z duchem czasu patriotyzmu – należy prowadzić na tle historii naszego regionu, dziejów Starego Kontynentu, całego świata oraz tendencji i procesów społecznych stale w nim zachodzących. Polska nie jest, nie była i nigdy nie będzie łodzią podwodną. Kto tak widzi historię i rzeczywistość jest albo infantylnym gnomem, albo cynicznym troglodytą lub – i to jest najpewniejsze – jawnym nacjonalistą, ksenofobem i konserwatystą. A jak mówi prof. Maria Janion „konserwatyzm jest zawsze niebezpieczny i szkodliwy






Przed wizytą Donalda T. w Polsce
2017-07-01 18:20:39
Człowiek niezastąpiony,
megaloman, to dowód duchowego
ubóstwa społeczeństwa

Stefan KISIELEWSKI

Każda wizyta Prezydenta USA w Polsce (bez względu na czas, ustrój czy numerację RP) przypomina młodzieńczy (tu w formie zbiorowej) onanizm - zarówno mainstreamu jak i pospólstwa. Dziś czynią to władze razem z narodem, powodowane serwilizmem, polityczną ignorancją, głupotą i irracjonalnym spojrzeniem na świat. Tak było kiedy gościliśmy Billa Clintona czy Baraca Obamę, a redaktorzy Lis, Kraśko, salon Gazety Wyborczej czy szacowni komentatorzy TVN-u bądź POLSATU dostawali polucji i szczytowali tak samo jak dziś czynią to dyżurni żurnaliści obsadzający publiczne (i tzw. "niepokorne") media z nadania "dobrej zmiany". W Polsce Ludowej analogicznie postępowały kręgi władzy - przynajmniej publicznie (wspólnie z mediami pozostającymi na uwięzi ówczesnej władzy - a czy dziś nie jest tak samo, tylko a rebours ?) - podniecały się kiedy nad Wisłę miał zawitać gen-sek z Kremla.
Coś w Polakach - a raczej; w polactwie (to termin made by Rafał Ziemkiewicz, człowiek absolutnie nie z mojej bajki z wielu powodów, ale opisujący owym pojęciem w miarę precyzyjnie istotę i tzw. "otoczkę" tego zagadnienia) - jest zarówno z folwarcznego pidsusidoka: to uniżenie, ten brak poczucia nie tyle godności co racjonalnego i pragmatycznego spojrzenia na świat (czyli realizmu poznawczego), autokrytycyzmu (nie kompleksów niższości czy wyższości bo zazwyczaj one idą w parze), powściągnięcia pozytywnych emocji w chwilach empatycznych uniesień jak i nienawiści wtedy gdy ma się przewagi, jak i z pijanego, anarchicznego, bigoteryjnego sarmaty. Pidsusidok cieszy się gdy "dobry Pan", dobrodziej (bo hierarchia społeczna jest przecież dana "od Boga", jest wieczna i uzasadniona - módl się i pracuj, słuchaj mądrzejszych i wybranych jak mawiał św. Benedykt z Nursji) poklepie go po plecach, a już jest w niebo wzięty kiedy "awansuje" go na swego lokaja, ubierze w liberię i pozwoli mu się "grzać" w świetle pańskiego bogactwa, splendoru i …. stołu Pana-dobrodzieja. Sarmata zaś, o podgolonym łbie troglodyta, macha szablą bez składu i ładu, zwłaszcza gdy jest pijany i omotany manią swojej wielkości, swoich pseudo-moralnych i quasi-religijnych przekonań. Przeklina i "bigosuje", sejmikuje i peroruje, puszy się i nadyma, nienawidzi i pluje wokoło jadem, a jednocześnie uczestniczy manifestacyjnie we mszach, ściany dworku upiększa dewocjonaliami, pielgrzymuje do miejsc świętych, wielbi Najświętszą Panienkę i Jezusa, Króla Polski.Bo tylko "Bóg, Honor, Ojczyzna" się liczą .......Wedle jego mniemania.
I dla pidsusidoka i dla herbowego sarmaty (dzięki mainstreamowi transformacyjnemu - po 1989 roku - wszyscy mogli się poczuć, oczywiście oprócz komunistów i post-komunistów bo im to się a priori nie należy, potomkami "herbowych Panów Braci" i kresowych posesjonatów) racjonalność i pragmatyzm są z gruntu obce - tak samo reaguje poddany sarmacie w formie niewolnika i raba, folwarczny pidsusidok, jak i ubrany „ze wschodnia”, niczym Turczyn, polski szlachcic. I te cechy dokładnie widać na kanwie wizyty (każdej jak popatrzymy w przeszłość) Prezydenta "Imperium Wszelakiego Dobra" oraz cnót absolutnych nad Wisłą, Odrą i Bugiem.
O pedagogice klęski
2017-06-18 18:08:20
Nie można być wiecznie
w rozgrzeszającym stanie namiętności

Witold GOMBROWICZ

"Pedagogika klęski” to termin którym środowiska konserwatywne, narodowo-szowinistyczne, klerykalne i ultra-zachowawcze szermują u nas nagminnie. Jest to dla nich pospolita maczuga propagandowo-agitacyjna, dla okładania realnych i wydumanych przeciwników politycznych, ludzi o odmiennej interpretacji historii naszego kraju oraz wizji kultury, argumentami żywo egzemplifikującymi myślenie a’la XIX wiek. Świadomość gdzie czcią, kultem i okadzone mirrą, winne być otoczone bezrefleksyjnie i bezkrytycznie takie pojęcia jak Ojczyzna, Bóg, honor, wiara religijna zawsze i bezwzględnie wiążąca Polaka z katolicyzmem rzymskim. Mentalność w której narodowość, tzw. „polskość”, symbole narodowe itd. podlegają dekretacji raz na zawsze i nie zmiennie. Nie ma tu dowolności interpretacji, swobody indywidualnego wyboru czy dobrowolności uznania członkostwa w danym narodzie. „Jesteś Polakiem więc masz obowiązki polskie” – krzyczą we wszystkich przestrzeniach komunikacji interpersonalnych owe środowiska. Wyznaczanie standardów w tej mierze mających bezwzględnie obowiązywać - a więc kto jest Polakiem, jak owe obowiązki ma traktować i co pod tym pojęciem rozumieć – rezerwują i dekretują oczywiście owe środowiska wyłącznie dla siebie. Jest to tyle trudny temat nad Wisłą, Odrą i Bugiem, gdyż zaangażowany jest w niego Kościół katolicki w Polsce, opowiadając się en masse (duchowieństwo) za niezwykle zachowawczą, anty-nowoczesną, przeciwną modernizmowi i postępowi społecznemu, koncepcją narodu, państwa i wiary religijnej. To wszystko musi tworzyć niezwykle agresywną, nacjonalistyczną, ksenofobiczną, religiancką oraz hiper-tradycjonalistyczną mieszaninę narracyjną, pomieszania zacietrzewienia, nienawiści i pogardy dla wszystkiego co INNE.
Wreszcie w naszym kraju trzeba podjąć na ten temat zdecydowany dyskurs. I nie tyle nawet nad tymi akurat tezami (jest to bowiem problem szerszy, dotyczący przede wszystkim wolności obywatelskich w najszerszym znaczeniu: czyli pojęć obywatel, społeczeństwo - a nie naród widziany wąsko wedle XIX–go sznytu - wolność wyboru, indywidualizm itp.). Należy krytykować z lewicowych pozycji towarzyszące tej wizji fantazmaty, narzucające jednostce przez nią nieakceptowane z racji wykształcenia, kultury, świadomości i wyznawanych wartości, poglądów politycznych, doświadczeń życiowych etc. prawicowe koncepcje, pozostające poza ramami współczesnych trendów cywilizacyjnych i społecznego rozwoju. Koncepcje z gruntu rzeczy autorytarne i niosące sobą widmo totalitaryzmu kulturowego.
I dokonywać swoistej desakralizacji – o co postulowała w swym otwartym liście do ostatniego Kongresu Kultury Polskiej 2016 prof. Maria Janion – tego polskiego, narodowego cierpiętnictwa, cmentaryzmu, admiracji trumien i grobów. Admiracji nie w formie pamięci, ale wedle liturgii śmierci związanej z rytuałami zadawania sobie cierpienia (gdyż bez niego żyć nie umiemy, więc gdy go nie staje, sami je sobie zadajemy).
Atak na „pedagogikę klęski” z pozycji lewicowych to nie jest moim zdaniem krytyka polskiego folwarku mentalnego, takiej też świadomości, zacofania kulturowo-cywilizacyjnego widzianego en bloc (Polska w zasadzie nie przeszła klasycznego Oświecenia tak charakterystycznego i wielce znaczącego dla Zachodu, wyrywającego z korzeniami, czasami brutalnie i agresywnie, pozostałości feudalizmu szeroko rozumianego). Unowocześnienie, modernizacja, postęp – jakkolwiek te pojęcia rozumieć i kojarzyć – dokonały się u nas „obcym rękoma”. W przeszłości polskie elity nie potrafiły go jednoznacznie wygenerować. Dziś konserwatystom, tradycjonalistom, tzw. demo-liberałom, religiantom różnej maści, a przede wszystkim zwierzęcym anty-komunistom, daje to asumpt do przedstawianie skoku cywilizacyjnego dokonanego w pierwszych latach Polski Ludowej z pół-feudalnego społeczeństwa pozostającego w latach międzywojennych na głębokich peryferiach Europy do rzędu krajów przemysłowo-rolniczych, a następnie – przemysłowych, jako porażki, tragedii czy klęski. Z tymi procesami wiążą się również określone zmiany w mentalności, stosunku do otaczającej rzeczywistości i ludzi, poszerzenie horyzontów, zmiana systemu wartości itd. Atak na „pedagogikę klęski” winien iść głównie na przeciwstawienie racjonalności - irrealizmowi, pragmatyzmu – szkodliwym namiętnościom, pozytywizmu – romantyzmowi. I permanentne ośmieszanie, tego co Gombrowicz nazywał polskim „upupieniem” intelektualnym, a co jest w rzeczywistości infantylizmem, niedojrzałością, megalomanią połączoną z przaśnością i ową, przysłowiową nadwiślańską folwarcznością.
Już Cyprian Kamil Norwid w XIX wieku miał napisać w kontekście podobnych jak tu rozważań (gdyż naszły go prawdopodobnie analogiczne refleksje), o szkodliwości zabraniania dyskursu na temat „kalania gniazda”. Odsądzeniem „od czci i wiary” przez prawicę i konserwatystów, zapowiadanym wykluczeniem z tzw. „polskości”, nie należy sobie jednak zawracać głowy – mówić i pisać swoje……
Na takim podglebiu mentalnym, politycznym, edukacyjnym i instytucjonalnym (ważną tu rolę pełni IPN powołany do życia głosami PO, PSL-u i PiS-u co warto upowszechniać i przypominać) czci podlegają powtarzające się permanentnie w naszych dziejach powstania i insurekcje, nie mające a priori żadnych szans na sukces już w chwili wybuchu, poza wyniszczającym zawsze społeczny potencjał ludzki Armagedonem. Tak intelektualnie jak organizacyjnie, a przede wszystkim – duchowo, mentalnie, o substancji materialnej czy dobrach kultury nie wspominając. Na tej kanwie forsuje się m.in. kult tzw. „żołnierzy wyklętych” (ujawnione na ten temat ostatnio raporty CIA z lat 40- i 50-tych XX wieku przemilczano dyskretnie w mainstreamowych mediach). Dotyczy to także powstań XIX-wiecznych oraz aberracyjny kult „małego powstańca Warszawy” (no i oczywiście samego powstania w stolicy AD’1944).
W tej samej perspektywie należy również rozpatrywać wszelkie szarże polskiego rządu w Brukseli czy na arenie europejskiej absolutnie w sposób podobny jak organizacja wspomnianych powstań. Te dyplomatyczne ofensywy, ich organizacja i próby przygotowania, przypominają szarżę szwoleżerów Kozietulskiego pod Somosierrą. Udała się ona Polakom dlatego, że Kozietulski i jego szwoleżerowie byli ……. kompletnie pijani. No, ale dyplomacja i jej niuanse to nie pole do straceńczych szarż pijanych ułanów czy bezsensownie ginących (ale moralnie zwycięskich) sołdatów.
I to właśnie wspomniane środowiska i grupy nacisku uprawiają moim zdaniem „pedagogikę klęski”. Dzisiejsze fochy Prawa i Sprawiedliwości oraz jego akolitów są zwieńczeniem (choć nie ostatecznym wg mnie) procesu jaki trwa od początków transformacji ustrojowej 1989 roku. Środowiska demo-liberalne i lewicowe nie wypracowały własnej, nowoczesnej i immanentnej ich wizjom społeczeństwa koncepcji patriotyzmu, narodu, symboliki, wartości do jakich należałoby się odwoływać. Demo-liberałowie monopolizujący de facto przez większą część III RP tzw. „rząd dusz” promowali w zasadzie także taki model patriotyzmu i kultu przegranych powstań (nie w tak nachalnej formie jak czyni to PiS, no powiedziałbym w formie light), anty-racjonalizm i irrealizm w naszych dziejach. No i wszechobecny klerykalizm. Kult romantyzmu kosztem pozytywizmu, cześć „dla Kozietulskich”, „żołnierzy wyklętych” bądź „Bór-Komorowskich” a nie takich wartości stojących za symbolami jak „Aleksander hr. Wielopolski”, „Tadeusz Manteufell” („żadnej wojny nie będzie, idziemy robić uniwersytet, a nie do żadnego lasu”) czy „Mieczysław F. Rakowski” (za POLITYKĘ).
Pedagogika klęski” w stylu narodowo-klerykalno-cmentarnym (z jednoczesną antytezą o „moralnym zwycięstwie” Polaków jako tego Mesjasza Europy) uprawiana przez gremia demo-liberalne (co jest dodatkową aberracją charakterystyczną dla polskiego zaścianka) umocowana jest więc w paradygmacie quasi-feudalnego społeczeństwa post-agrarnego i post-sarmackiego, wyrwanego z uśpienia i gnuśności immanentnych temu systemowi obcymi rękoma zaborców, okupantów, hegemonów etc. Tak jak hiper-prawicowców, ultra-konserwatystów, klerykałów czy pospolitych fundamentalistów religijnych oddających się czołobitnie tradycjonalizmowi i zachowawczości. Przykro stwierdzić, ale duża część polskiej lewicy także tkwi mentalnie w tym zatęchłym i post-sarmackim kotle idei, tez, fantasmagorii czy wyobrażeń.
I jeszcze jedna uwaga na koniec. Sytuację niesłychanie popularną w publicznej dyspucie, pozach, gestach czy narracji z jaką spotykamy się na co dzień w tej mierze najlepiej opisuje powiedzenie serialowego milicjanta por. Sławomir Borewicza (kultowy serial PRL pt. „07 zgłoś się”) mówiące, że: „Każdy Polak uważa, że to co myśli ze szwagrem to opinia całego narodu”.
Magiczność polskiego myślenia
2017-06-01 20:24:24
(czyli smoleńskie refleksje AD’2017)

Magia to system wierzeń, praktyk oraz sposób postrzegania świata rzeczywistego, wynikający z przekonania o istnieniu sił nadprzyrodzonych. Człowiek może tymi siłami w jakimś sensie kierować bądź je zjednywać przy pomocy zaklęć, specyficznych obrzędów, ściśle określonych rytuałów stosowanych przez wyznaczone do tego osoby (tzw. kapłani) w odpowiednim czasie i miejscu.

Skłonność do tandety jest człowiekowi przyrodzona
i poddać się jej świadomie,
skoczyć z nogami i głową
w cieplusi, swojski ocean tandety
- to może nawet sprawić prawdziwą rozkosz.

Sławomir MROZEK

Homo videns to zjawisko zdefiniowane przez Giovanni Sartoriego polegające na zmianie myślenia naszego gatunku – wiąże się w jakimś sensie z magią i współczesnym światem cyberprzestrzeni i elektronicznych środków komunikacji – a spowodowane m.in. właśnie charakterem dzisiejszych mediów. To kult obrazu, wpajanie ocen poprzez wizualizację czyli takie cechy jak: stan posiadania, wygląd, poddawanie się utartym schematom, tożsamościom, wartościom itd. To również wtopienie się w „masę” i powszechność. Autor tego pojęcia podkreśla powolne tracenie zdolności użytkowania pojęć abstrakcyjno-racjonalnych (spłycanie refleksji), trywializację przekazu, banalizację myślenia oraz sprowadzania ich do gestów czy powszechnie przyjętych i akceptowanych, teatralnych póz generowanych bon mottem, że „tak wypada”. Następuje więc redukcja kompetencji językowych i racjonalnego namysłu. Język staje się tylko narzędziem do wyrażenia tożsamości z ogólnie przyjętymi normami i narzędziem do deklamacji powszechnie przyjętych komunałów, nie formą przekazywania indywidualnej refleksji. Obrazkowość dzisiejszej kultury – jak pisze Sartori – niweluje naszą zdolność myślenia abstrakcyjnego i wraz z nią naszą cechę indywidualnego, krytycznego rozumienia świata. Dawny homo sapiens staje się w taki sposób homo videns.
Magiczność polskiego myślenia po raz kolejny daje znać o sobie. Dziś - przy kolejnym spektaklu p/n ekshumacje smoleńskich ofiar. Wszyscy są - albo udają takich - zaskoczeni, zniesmaczeni, oburzeni etc. iż w trumnach są często szczątki nie tych ofiar których nazwisko widnieje na cmentarnym pomniku. Przy tego typu katastrofach, efekt jest taki, iż wszystko jest przemieszane niczym kaszanka, niczym marmolada, niczym bigos. Terminy pochówków - do których usilnie dążono z różnych zresztą przyczyn - wymuszały więc szybką i pobieżną selekcję tego co pozostało na miejscu katastrofy.
Ale o czymś innym chcę tu napisać bo to wiemy wszyscy, racjonalnie i realistycznie myślący ludzie, od dawna. To magiczne myślenie i polskie, przed-nowoczesne religianctwo dyktują takie reakcje z jakimi dziś mamy nad Wisłą, Odrą i Bugiem do czynienia. To, że w niektórych trumnach są np. trzy nogi, pięć fragmentów różnych rąk, braki wnętrzności albo szczątki kogoś innego niźli oburzonym się wydaje jest pokłosiem wiary w zmartwychwstanie ciał - kiedyś, gdy stanie się „wieczność" i nadejdzie czas sądu ostatecznego - w doczesnej formie. To irracjonalizm i anty-realizm wobec życia, wymuszający takie też spojrzenie na okoliczności jakie towarzyszyły tej masowej śmierci. Bo racjonalnie, realistycznie, trzeźwo winno się było wszystkich en bloc skremować, zapakować do urn i tak pochować w wybranych przez rodziny miejscach grzebania zmarłych. Realistycznie, racjonalnie i trzeźwo - ale takie myślenie jak widać jest obce temu społeczeństwu, a przede wszystkim elitom próbującym nim rządzić. I taka decyzja - o kremacji i takiej formie pochówków - winna była być podjęta a priori przez rządzących, ale i przez rodziny tych którzy zginęli w tej katastrofie. Bo liczy się nie trumna czy szczątki w niej złożone - jakie znaczenie mają te nogi, ręce, wnętrzności bądź fragmenty kogoś innego gdy za kilka, kilkanaście lat i tak obróci się to wszystko w bezkształtną materię, gdyż proces dematerializacji postępuje nieuchronnie i permanentnie - ale pamięć o danej osobie i napis na nagrobku. Te wszystkie dysputy, oburzenia, dąsy i wzajemne oskarżenia deprecjonują powagę śmierci, postponują wymiar tej katastrofy (o których z takim zgorszeniem i absmakiem mówi się w mediach), po prostu są śmieszne i groteskowe. Ów cień „zmartwychwstania ciał", wiara w ten mit (no i polityczna walka tym smutnym wydarzeniem) są zasadniczym tłem tych żenujących polsko-folwarcznych, politycznych sporów.


Nowy władca świata
2017-05-24 11:25:50
Zuckerberg jest jedną z niewielu osób,
dla których zostanie prezydentem Stanów
Zjednoczonych mogłoby oznaczać degradację.
Jako szef Facebooka już jest prawdziwym
liderem wolnego świata.

Nick BILTON (Vanity Fair)

Nasz lewicowy Portal dużo uwagi poświęca, jak cała zresztą współczesna lewica na świecie (od Naomi Klein, Benjamina Barbera, Yanisa Warufakisa, Krytyki Politycznej i Rafała Wosia po Jean-Luca Melenchona, Bernie Sandersa, Podemos, Syrizę i Adriana Zandberga), korporacyjnemu ładowi jaki neoliberalny porządek do spółki z globalizacją i upadkiem obozu realnego socjalizmu z ZSRR na czele zgotowały dzisiejszej rzeczywistości. Mało kto jednak zwrócił uwagę na tzw. „Manifest Zuckerberga” („Building Global Community” z lutego 2017 roku), który wywołał ożywione dyskusje za oceanem na temat utopii, marzeń czy chęci „władzy nad światem” jaką przedstawił twórca i właściciel Facebooka. Mark Zuckerberg to jedna z najbardziej wpływowych i najbogatszych osób na świecie. To demiurg – w znacznej części – współczesnej rzeczywistości i kreator przyszłego świata. Nawet nie zdajemy sobie do końca sprawy z tego jak bardzo ta specyficzna i nietypowa korporacja zmienia świat, zmienia relacje międzyludzkie, jak zmienia nas wszystkich: grupowo i pojedynczo, narodowo i społecznie bez względu na język, rasę, kulturę, religijne wyznanie bądź ateizm, poglądy polityczne czy sytuację ekonomiczną. Widać to wszystko jak na dłoni podczas obserwacji społeczności „facebookowej”, znaczenia tego komunikatora i forum wymiany myśli, idei, namiętności, emocji pojedynczych ludzi. Lektura oraz nawet pobieżna analiza jego Manifestu wprowadza nas jednak nie tyle w stan zachwytu i podziwu dla tej idei i jej materializacji, ale nasuwa wiele daleko idących wniosków i skojarzeń.
Myśl wyrażona przez popularnego komentatora politycznego zza oceanu w opiniotwórczym periodyku amerykańskim – stanowiąca motto do tego wpisu - oddaje clou tego czym jest władza korporacyjna. Tu jednak mamy do czynienia z zupełnie inną formą władania ludźmi. Pragnę zwrócić tylko na kilka, zasadniczych wg mnie, aspektów, niesionych zarówno przez sam już funkcjonujący projekt (Facebook stał się bowiem głównym centrum rozpowszechniania informacji, debaty publicznej, a w niektórych przypadkach – promowaniem swoistego ekshibicjonizmu emocjonalnego użytkowników) jak i wspominany Manifest.
Na ten temat pisali (w przeszłości dawnej i bliskiej) – choć są to aspekty rozproszone, zauważone przy innych okazjach i pochodzące od różnych autorów – tacy twórcy jak Georg Orwell, Aldous Huxley, Neil Postman, Naomi Klein, Lester Thurow, Benjamin Barber, Edward Luttwak, Jeremy Rifkin itd.
Zuckerberg oczywiście skupia się na podniesieniu na wyższy, cywilizowany poziom komunikowania się przy pomocy „swojego dziecka” (ale i instrumentu dla pozyskiwania kolosalnych dochodów) jakim jest bezsprzecznie Facebook. Chodzi przede wszystkim o zwulgaryzowanie dyskursu (popularnie tzw. „hejt”) jak również o tzw. „fejk” (czyli nie prawdziwe informacje krążące w sieci – a przez to i na FB) zaśmiecające społecznościowe komunikatory.
Warto też zwrócić uwagę na chęci Zuckerberga takiego ustawienia w przyszłości dyskursu, aby z jednej strony aktywizował obywateli do pro-demokratycznych i odpowiedzialnych działań i wypowiedzi, a jednocześnie eliminować metodę czytania tekstów w sieci na zasadzie „click-bajtów” (czyli wyłącznie co bardziej sensacyjnych nagłówków). Jest to próba – przynajmniej w teorii – podniesienia poziomu dyskursu. Samo istnienie Facebooka ma się stać tym samym głównym medium rozpowszechniania informacji oraz regulowania debaty publicznej.
Ale chciałbym zwrócić uwagę na coś innego czego nie znajdziemy w Manifeście. Założyciel FB jest przecież właścicielem tego przedsięwzięcia i w związku z tym dysponuje określoną władzą. Stąd m.in. wypływa wiele tez ujętych w Manifeście choć ex cathedra nie wypowiedzianych.
Po pierwsze: zasięg – już współcześnie, bez zmian zakładanych w „Building Global Community” - władzy Zuckerberga. Szacunki pozwalają już dziś zakładać, że uczestników (a tym samym osób pozostających pod „facebookowym parasolem”) przedsięwzięcia Marka Zuckerberga na całym świecie jest od 2 do 2,5 mld. To olbrzymia społeczność, gigantyczna wspólnota, potężne „plemię” czy klan. Po drugie: zacytowana jako motto felietonu myśl amerykańskiego publicysty oddaje clou tego o czym tu mówimy. Jeśli Zuckerberga nie interesuje Biały Dom, gdyż pozostając tylko (?) szefem Facebooka dysponuje de facto większą władzą – i ma tego świadomość - niż Prezydent najpotężniejszego imperium współczesnego świata, to ma to swoją określoną wymowę. Funkcja prezesa internetowej spółki, prywatnego biznesmena światowego formatu, korporacji globalnej, jest ważniejsza od głównego lokatora Białego Domu. To sytuacja zarówno stanowiąca emanację neoliberalnych porządków jak i rozproszenia tak charakterystycznego dla świata XXI wieku. Po trzecie: im silniejsza rola w publicznej narracji i dyskursie tego typu przedsięwzięć tym słabsza rola tradycyjnie pojmowanej prasy. Chodzi głównie o przejmowanie rynku reklam, a co za tym idzie: przypływy kapitału, jego koncentracja, zyski i ich pomnażanie.
Trzeba jednak zwrócić uwagę na nieśmiało zasygnalizowane zamierzenie Zuckerberga w Manifeście. Zadaje on – retoryczne - pytanie „… Jak możemy pomóc ludziom zbudować świadomą wspólnotę, która wystawia nas na nowe idee i tworzy porozumienie w świecie, w którym każda osoba ma głos ?”. Ideą zasadniczą ma być minimalizacja roli publicystów i dziennikarzy w przestrzeni medialnej. Każdy uczestnik przedsięwzięcia jest zarazem jego twórcą. Przynajmniej teoretycznie. Bo to kapitał jest animatorem i demiurgiem stanowiącym esencję władzy. Zysk i jego maksymalizacja są tu zasadniczymi elementami kreacji. Byt każdej korporacji opiera się o ich generowanie. I tu widać ukryte pragnienie wielowątkowej dominacji własnego pomysłu, własnego biznesu, własnego przedsięwzięcia.
Zysk i dochody (nie tylko w sferze doczesności, materialnej) oraz władza za nimi stojąca z racji rozległości przedsięwzięcia Zuckerberga oraz wspomnianej ilości uczestników (w skali świata) tego projektu, pozwalają wyciągać wnioski idące zupełnie w innych kierunkach niż sugeruje to szef spółki FB. Wiążę się to również z postępującą, coraz powszechniejszą i zawłaszczającą kolejne przestrzenie ludzkiego bytu, komercjalizacją (wspomniane dochody z reklam, wymuszające banalizację i infantylizację dyskursu). Nie bez znaczenia są zamierzenia kreowania politycznej rzeczywistości w wymiarze ponad państwowym, ponad narodowym, światowym. Przełożenie władzy pieniądza na bezpośrednią władzę polityczną to ewolucja praktykowanego współcześnie tzw. zblatowania „prywatnego biznesu” i świata polityki. Powiedzenie otwarcie, że „białe jest białe, a czarne – czarne”. Przykładem takiego kierowania procesami politycznymi są m.in. „arabska wiosna”, zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach amerykańskich, atmosfera wytworzona przez zwolenników Brexitu na Wyspach Brytyjskich itd.
Zamierzenia Zuckerberga jednak idą jeszcze w innym kierunku. Streścić je można pokrótce w tym co zawarł onegdaj Tony Judt, komentując współczesny wymiar dyskursu publicznego. Jego zdaniem dzisiejsza debata publiczna przebiega oto w taki sposób, że elity (w których szeregach jest coraz więcej populistów, demagogów czy politykierów) mówią tłumom co mają myśleć. Kiedy ludzie bezrefleksyjnie – w wyniku komercjalizacji, infantylizacji, banalizacji i karnawalizacji dyskursu publicznego – odbijają owe frazesy elity śmiało ogłaszają, iż ich decyzje czy rozwiązania są determinowane wyłącznie przez społeczne nastroje. I tak też można określić zamierzenia Zuckerberga. Manifest właściciela FB to rękawica rzucana władzom narodowych państw i dotychczasowemu porządkowi demokratycznemu. Kolejną rękawicą będącą korporacyjnym kredo zawierającym określone rozwiązania.
Zuckerberg przekonuje, że jego przedsięwzięcie będzie nie tylko technologią, nie tylko medium, lecz również (a może przede wszystkim) wspólnotą ludzi samo-kreującą siebie i przestrzeń w której funkcjonują. Ma być ta przestrzeń ich własnym wytworem wynikajacym z ich świadomości oraz potrzeb.
Jakie rodzą się dylematy nad tak postawioną tezą: Po pierwsze: czy sfera publiczna, którą ma kreować – wedle pro-demobch kanonów sugerowanych i narzucanych przez Zuckerberga – tak funkcjonujący FB jest w stanie wygenerować obiektywizm, autentyczność i wysoki intelektualnie poziom ? Po drugie: – czy sfera publiczna może być kreowana przez kapitał prywatnie umocowany i zarządzany ? Czy zawłaszczanie i komercjalizowane – immanentne dla biznesowej działalności – jest pozytywnym kierunkiem w którym winna ona nadal podążać (teraz już jawnie i bez zbędnych, retorycznych i etyczno-moralnych uzasadnień). Po trzecie: – ponad 2 miliardowa samosterująca się społeczność, sama z siebie wyznaczająca zasady i poziom, jest humbugiem. Decydujące i ostateczne znaczenie ma i tak kapitał oraz jego właściciel. Kłania się cytowany Tony Judt.
I to byłyby zasadnicze zastrzeżenie jakie niesie sobą projekt-manifest Marka Zuckerberga. Nie high-tech, nie wytwory postępu technologicznego są zagrożeniem. To są tylko narzędzia. Groza i niebezpieczeństwo tkwią we władzy pieniądza, kapitału, a tym samym tych, w których rękach ona pozostaje. Jego koncentracja postępuje nieuchronnie i permanentnie, zawężając coraz bardziej do swoistego „klanu” czy „plemienia” , do jakiegoś nowego „narodu wybranego” zdolności i możliwości owej kreacji nie tylko świata materialnego, ale w przestrzeni świadomości, tzw. „ducha”. A to jest nader niebezpieczne i wybitnie szkodliwe.